sobota, 14 czerwca 2014

Błogie lenistwo w pięknym słońcu...

Witaaaaaaaam!
 
Na samym wstępie chciałam podziękować wszystkim osóbkom za to, że od czasu do czasu pojawiają się w moich skromnych progach. Jest mi bardzo miło, że mimo tego że ja bywam tutaj ostatnio bardzo rzadko, Was jest coraz więcej! Liczba wyświetleń mojego ostatniego wpisu delikatnie mówiąc  przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Dziękuję!
To bardzo motywuje, więc będę się bardzo starać. Obiecuję!
 
Dzisiaj skromnie chciałam zaprosić Was do ogrodu. Na chwilę odpoczynku. Relaks przy stawie z chlupoczącą wodą, na pełnym słońcu... Do tego pyszna mrożona kawka. Mogłabym tak siedzieć dzień i noc, jakby nie chmara komarów nadlatujących o zmierzchu. Tego nie da się przeskoczyć nawet gdyby człowiek w ataku szału pozapalał wszystkie spirale, pałki, pozakładał bransoletki na ręce i nogi, a do tego wypryskał cały spray na komarzyska, te i tak przejdą przez to pole minowe bez szwanku i "poobgryzają" człowieka gdzie się da! No cóż.
 
No a jak już jesteśmy przy tej kawce! Wyobraźcie sobie upał, gorące słońce. Siedzicie w cieniu na kocyku na brzegu stawu, stopy moczycie w chłodnej wodzie i popijacie kawkę mrożoną. Co jakiś czas o nogę zawadzi jakaś rybka, w koło pełno kwiatków, pszczoły, piękne, mieniące się kolorami ważki. A wysoko nad Wami na modrzewiu kołysze się kos i daje swój jakże piękny koncert. Chwilę potem ląduje w stawie na wystającym kamieniu i zażywa kąpieli, w ogóle nie przejmując się obecnością człowieka. Piękne! W ogrodzie stuprocentowy kontakt z naturą.
 
 
 
 
 
 
 
Poleniłam się za wszystkie czasy! A jak!
 
Na dziś to tyle, ale uprzedzam i to całkiem serio, że w to lato będzie na prawdę ciekawie! Szykuje mi się parę wyjazdów: Zakopane, Wisła i Letnie Grand Prix, więc serdecznie zapraszam do podglądania :)
 
Pozdrawiam - Magda

sobota, 3 maja 2014

Mea culpa!

Witajcie po długim czasie mojej nieobecności.
 
Jestem...
 
Wróciłam majowa, rześka...
 
Pogoda za oknem dziś nie cieszy oka, ale ja uprzedzona faktem iż może być powtórka z zeszłego roku, z góry zaplanowałam sobie już wczoraj cały dzień.
 
Zmęczona ciągłymi załamaniami pogody (1 maj żar lejący się z nieba, 2 maj zimno tak, że człowiek nie może sobie znaleźć miejsca do ogrzania) i faktem że za kilka godzin trzeba iść do pracy, siedziałam ledwo żywa nad kubkiem gorącej, aromatycznej kawusi i knułam sobie w głowie plan jak przyjemnie można by było spędzić kolejny zimny dzień.
 
I co wymyśliłam? Ubzdurałam sobie, że przez cały dzień nie wyjdę z łóżka. Otworzę okno na oścież, zaopatrzę się w herbatkę, książkę, może jakiś film... I tyle. Relaks pełną parą. Chociaż ten jeden, jedyny dzień.
 
 
 
 
 
I tak też zrobiłam. A co!
Ale okno nie pozostało zbyt długo otwarte, bo mimo grubych skarpet i ciepłej bluzy zmarzłam niemiłosiernie i z ciężkim sercem zmuszona byłam odpuścić sobie cudowny ptasi koncert za oknem.
 
 
 A moją 'papierową towarzyszką' jest "Czas darowany nam" Barbary Rybałtowskiej. Jest to już piąta część sagi, którą serdecznie polecam. Ostatnimi czasy dawkuję sobie stopniowo, powolutku książki tej autorki na przemian z książkami Philippy Gregory. Jestem zauroczona... Ale dziś słów kilka o sadze "Bez pożegnania" B. Rybałtowskiej. Z uwzględnieniem głównie czwartej części "Mea Culpa", gdyż to ona wzbudziła we mnie pewne bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Ale najpierw przybliżę Wam odrobinę o czym są te książki, a nuż kogoś zaciekawię i zachęcę do poczytania.
 
 
 Przyznam się że pierwszą część pochłonęłam w jedną noc, tak mnie poruszyła treść tej książki, że nie mogłam się oderwać, ani się obejrzałam i już był koniec. Byłam po prostu ciekawa jak to wyglądało w tamtych czasach, bo musicie wiedzieć, że właściwie sama autorka jako dziecko była wywieziona z matką na Syberię. Więc doskonale wiedziała o czym pisze.


"Bez pożegnania"
Podczas II Wojny Światowej bohaterki wywiezione zostają z Kresów wschodnich na Syberię. Czas wielkiej próby udaje im się przetrwać dzięki niezwykłemu hartowi ducha matki.

"Szkoła pod Baobabem"
Bohaterki przedostają się wraz z Armią Andersa do Afryki. Książka pisana z perspektywy córki Kasi, w fantastyczny sposób opowiada o codziennym życiu Polaków w Ugandzie, fascynującej Afryce i tęsknocie za ojczyzną

"Koło Graniaste"
Wymarzony powrót do powojennej Polski i brutalne spotkanie z komunistyczną rzeczywistością. Jednak dzięki sile emocji, wbrew wszystkiemu, życie toczy się dalej...

"Mea Culpa"
Polska przełomu lat 50. i 60., pierwsze lata PRL-u wraz z jego absurdami, ingerencja świata polityki w życie zwykłych ludzi, podróże głównej bohaterki z zespołem Mazowsze...

"Czas darowany nam"
"Życie, jakie by nie było, zawsze jest silniejsze od śmierci" - te słowa Zofii stają się myślą przewodnią dalszych losów Kasi. Czeka ją praca, podróże, wzloty, upadki, wypadki, a także nowe spotkania i uśmiechy losu. Pełen trudnych momentów dla Polski rok 1968 w sferze osobistej daje się bohaterkom we znaki. W lata 70. Kasia wchodzi z nadzieją, ale Jak to się skończy dowiemy się z tomu następnego, pod takim właśnie tytułem.

I pomyśleć że w szkole nie lubiłam historii...
Zachęcam do lektury.

Wracając do "Mea Culpa", natknęłam się na pewien zabawny fragment, kiedy to Kasia przekomarza się ze swoim młodszym rodzeństwem przed wyjściem na działkę w celu zwalczania stonek.

Oto urwany fragment:

 " KASIA - (...) Podobno w Komitecie Centralnym PZPR w Warszawie trzymane są w specjalnej celi za szybą i pilnowane przez uzbrojonych żołnierzy. W gazecie wyczytałam nawet, że były protesty klasy robotniczej i chłopstwa przeciwko trzymaniu ich tylko za jedną, pojedynczą szybą i w wyniku tych protestów ma się to zmienić. Szyby będą podwójne albo i potrójne.
 
DZIECI - A przecież my nie mamy karabinów - zmartwił się rezolutny Piotruś. - To jak będziemy zwalczać?
KASIA - Na szczęście są jeszcze inne narzędzia do zwalczania stonki. Na przykład cegły.
DZIECI - Cegły? - zdziwiła się Pelasia. - Będziemy w nie rzucać cegłami?
KASIA - Po co zaraz rzucać cegłami? Nie to miałam na myśli. Po prostu najpierw ściera się cegłę na proszek, potem złapaną uprzednio stonkę kładzie się na plecki. Następnie należy ją łaskotać po brzuszku tak długo, aż zacznie się głośno śmiać i otworzy przy tym szeroko pyszczek. Wtedy wsypuje się jej w ten uśmiech utartą cegłę zmieszaną z proszkiem DDT, ona się dławi i..."


Od razu nasunęły mi się na myśl wspomnienia z dzieciństwa, kiedy spędzałam czas u babci w pobliskiej wiosce. Babcia miała mały ogródek warzywny przy boisku, naprzeciwko domu, trzeba było przejść przez drogę i już się było przy furtce. Co roku dziadek sadził tam ziemniaki, a ja i babcia Jadwiga chodziłyśmy rano i pod wieczór zbierać z listków stonki i wrzucałyśmy je do butelek. Nie wiadomo skąd te stonki się brały, bo za każdym razem było ich multum. A teraz mając w ogródku ziemniaki, nie pamiętam jak te stonki wyglądały.

Jestem dumna, że mam takie wspomnienia... To jest piękna spuścizna po przodkach, bo teraz w dobie komputerów, X-box'ów i innych xów dzieciaki nie mają takich atrakcji. A ja mam o czym opowiadać...

Takich wspomnień mam pełną głowę, ale na dzielenie się nimi przyjdzie czas.


I tak racząc się zieloną herbatką z ulubionego kubeczka w różowe kwiatki kończę dzisiejszego posta, życząc Wam przy tym duuuuużo słoneczka w tym najpiękniejszym miesiącu w roku.
 
PS: Jak tak sobie czytam te powieści, historyjki i opowiadania coraz częściej chodzi mi po głowie pewna rzecz... I chyba spróbuję.

Pozdrawiam - Magda


środa, 12 lutego 2014

Makatki w tajemniczym ogrodzie...

Witajcie!
 
Zima w tym roku jest wyjątkowo łagodna, mrozu nie ma, śniegu nie ma... Ma się wrażenie, że za oknami już wiosna. Pada deszcz, ptaszki śpiewają... Na drzewach pąki. Ogród budzi się do życia. A... nie ma ani zimy, ani wiosny. Taka pora roku pomiędzy mogłoby się powiedzieć. Jednego dnia pięknie świeci słońce, aż miło wyjść z domu na spacer, a na drugi dzień z samego rana pada deszcz ze śniegiem. Takie przysłowiowe "W marcu jak w garncu". Ale mamy dopiero luty! :)
 
Nawiązałam dzisiaj temat posta do jednego z moich ulubionych filmów o tytule "Tajemniczy ogród" właśnie. Jakoś tak mi się skojarzyło kiedy wracałam ze stodoły z drewnem do kominka. Zatrzymałam się u wejścia stodoły, popatrzyłam do góry i już wiedziałam o czym mam dzisiaj napisać :) Ot takie natchnienie! Od razu pognałam do domu po aparat. No bo musiałam zrobić te zdjęcia. Szkoda, że nie nagrałam śpiewu ptaków, być może też by Wam się udzielił ten nastrój. Zauroczyłam się tym kątem! Dopiero teraz, a przechodzę tamtędy niemal codziennie. Jaki człowiek zabiegany jest... Trzeba mieć urlop żeby trochę zwolnić i móc dostrzegać piękne rzeczy.
 
Znacie ten film? Pamiętacie scenę kiedy mała Mary w ślad za Rudzikiem dostała się do ogrodu i zaczęła usuwać suche liście, trawy... gdy naszym oczom zaczęły ukazywać się kiełkujące roślinki?
Cały ogród zaczynał budzić się do życia... Piękne.
 
Poczułam się dzisiaj tak samo! Jakbym znalazła wejście do jakiegoś tajemnego ogrodu...
 
 
Definitywnie uroku temu mojemu tajemniczemu ogrodowi dodało światło dzienne. Było takie jakieś inne, jakby różowe... Sama nie wiem.
 
 
Ogród na przełomie zimy i wiosny ma w sobie coś tajemniczego, magicznego...
 

 
 
 
 
O! Przy okazji pozował mi wróbelek. :)
 
A wczoraj gdy wyszłam do ogrodu trochę się przewietrzyć, zabrałam ze sobą ciocine makatki, porozwieszałam na sznury i zrobiłam im w końcu małą sesję zdjęciową. Część z nich już Wam pokazywałam jakiś czas temu, bodajże latem. Tamte były drukowane na materiale. Dziś nadszedł czas na te wyszywane. Trzeba przyznać, że ciotka ma rękę do takich rzeczy. A pogoda dopisywała i makatki załapały się na piękne słoneczne promienie.
 
Proszę bardzo!
 
 
 
 
 
 
 
 
Pięknie! Jedyne czego mi tutaj brakuje, to drewniane klamerki albo takie stare spinacze.
Te plastiki mi się kompletnie nie podobają.
No cóż, innych nie posiadam na razie. Mam nadzieję, że do pierwszego letniego prania to się zmieni.
 
Na koniec filmik ze scenami i muzyką z filmu!
Życzę miłego oglądania.
 
 
 
 
Pozdrawiam - Magda
 


środa, 5 lutego 2014

Herbatka...

Witajcie kochani!
 
Chciałabym Was dzisiaj serdecznie zaprosić na herbatkę. Gorącą, aromatyczną i bardzo zdrową.
Wiem co mówię. Sami ją zbieraliśmy. Całe lato przemierzaliśmy na rowerach łąki, lasy i pola w poszukiwaniu świeżych ziół na pyszny napar. Nieraz wracaliśmy do domu obładowani torbami wypełnionymi po brzegi. Zbieranie ziół to prawdziwa frajda, niemal nałóg. Jak się raz spróbuje, to koniec. Nie ma możliwości żeby pominąć któregoś roku zaopatrywanie się w dobrodziejstwa natury. Od kilku lat uczymy się właściwie korzystać z darów Matki Natury. Zakupiliśmy w tym celu kilka książek, które są bardzo pomocne. Trzeba przyznać, że idzie nam to coraz lepiej :)
 
Co roku zbieramy między innymi:
rumianek,
podbiał,
melisę,
miętę,
 dziurawiec,
kwiaty lipy,
kwiaty akacji,
młode pokrzywy,
liście malin,
dziką różę,
bluszczyk kurdybanek.
 
Taką herbatę zaparzamy codziennie na śniadanie. Oczywiście każdego dnia zalewamy wrzątkiem inną mieszankę ziół. Czasem dodajemy plaster lub dwa ususzonego jabłka. Jest naprawdę pyszna. Taki napar można pić z cytryną i cukrem, bądź też z syropem owocowym, ale ja wolę bez dodatków, wtedy czuję jej prawdziwy smak.
 
Życzę Wam byście mieli okazję kiedyś takiej herbaty spróbować. Chociaż raz. :) Bo warto...
 
 
  Napary z lipy z dodatkiem miodu polecane są szczególnie w chorobach typu przeziębieniowego. Melisa zaś przynosi ulgę przy bólu głowy i bólach menstruacyjnych. Przyznacie mi rację, że warto zaopatrywać się w takie naturalne lekarstwa?
 
 
Ja bardzo często używam rumianku gdyż mam problemy z cerą. Funduję sobie takie piętnastominutowe "parówki" i powiem Wam, że to naprawdę pomaga.
Świetna sprawa.
 
 
 
 
Na którą herbatkę macie ochotę?
Zapraszam.
 

 
Wspominałam w poprzednim poście, że mam zamiar pobawić się w origami. No to się pobawiłam...
Pierwsze koty za płoty :)
Przedstawiam Wam moje dzieło!
 
Oto ona:
 Makabrycznie wymiętolona róża!
Mam nadzieję, że te następne będą o wiele ładniejsze...
 

 
Pozdrawiam - Magda
 

wtorek, 4 lutego 2014

Problem z drzewkiem i nowe poduchy...

Witajcie moi drodzy!
 
Trochę czasu mi zeszło do napisania pierwszego posta w tym roku. Jestem w szoku, że już mamy luty. Jak to możliwe? Dopiero co witaliśmy nowy rok!
Jak widać ja 2014 rok witam na blogu w lutym. :) No cóż!
 
Mamy mały problem z pożegnaniem świątecznych ozdób. W salonie w dalszym ciągu stoi choinka i nie bardzo jesteśmy w stanie zadecydować co mamy z nią zrobić. Bo...
 

 
 
...ona zaczęła nam po prostu rosnąć!
Osobiście byłoby mi naprawdę trudno się jej pozbyć. Widziałabym ją raczej w ogrodzie :)
Stoi sobie pod oknem i nikomu nie przeszkadza, więc czemu nie mogłaby sobie w spokoju przeczekać mrozów. Zwłaszcza, że drzewko jest naprawdę potężne, ponad dwu metrowe i w dodatku bardzo rozłożyste. Bardzo, bardzo mi się podoba. Zaś z drugiej strony, trochę dziwnie trzymać pół roku choinkę w domu i każdemu po kolei wyjaśniać co i dlaczego. 
 Co Wy o tym myślicie? Hi, hi...
 
Dobra... Teraz tak troszkę z innej beczki. :)
W styczniu miałam trochę pod górkę, jeżeli chodzi o prowadzenia bloga. Jak nie jakaś awaria i co chwilę brak dostępu do internetu, to kompletny brak chęci, weny i tym podobne przypadłości. Z tego wszystkiego przestałam w ogóle uruchamiać komputer.  Jedyne co mnie trzymało przy życiu to powrót z pracy do domu, ogień w kominku i książka. O tak... Tak bym mogła spędzać czas do końca życia. Ale czas się obudzić! Mam w głowie kilka pomysłów. I to konkretnych. Najwyższa pora aby z tej głowy wyszły. Kupiłam kilka drobiazgów, żeby co nieco gdzieniegdzie poprawić. :) Trochę pobawię się w origami. Mam do odebrania wełnę, w końcu znalazłam potrzebne kolory :)
 
A tymczasem, kiedy ja świata poza książkami nie widzę, moja mama działa w najlepsze! :)
Szyje, szydełkuje, robi na drutach, piecze ciasta, ach...
Nie nadążam za nią kompletnie.
A oto jej poczynania:
 
 
Dwie poduchy. Jedna uszyta ze skrawków materiału z wstawką z koronki w róże. A druga wykonana w całości na szydełku.
 
 
 A tutaj kolejne kwadraty do narzuty na łóżko. Podejrzewam, że to ma być prezent. Ale ciiii... :)
 
 
Miłego wieczoru życzę!
Do zobaczenia wkrótce!
 
Magda

wtorek, 31 grudnia 2013

W tym ostatnim dniu roku....

Witajcie kochani!
 
♥♥♥
 
W tym ostatnim dniu 2013 roku pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia na zbliżający się nowy 2014 rok.
 
 
Niech Nowy Rok przyniesie Wam radość, miłość, pomyślność i spełnienie wszystkich marzeń, a gdy się one już spełnią, niech dorzuci garść nowych marzeń, bo tylko one nadają życiu sens!
 
 
♥♥♥
 
 
via Pinterest
 
 
 
Życzę Wam wspaniałej Sylwestrowej nocy.
Bawcie się dobrze!
 
♥♥♥
 
Pozdrawiam - Magda
 
♥♥♥
 
Do zobaczenia w Nowym Roku!


niedziela, 29 grudnia 2013

Zwierzaczki.

Witajcie moje drogie!
 
♥♥♥
 
Dzisiaj rano patrząc na mojego chomiczka, pomyślałam sobie, że najwyższy czas żeby przedstawić Wam mój zwierzyniec. Moje kochane mordeczki, no i dzióbeczki. :)
A mieszka z nami dosyć spora gromadka!
 
 
Przedstawiam:
 
 

Poznajcie mojego chomiczka Stefana. To nasz najmłodszy lokator, przyprowadziliśmy go do domu 23. grudnia. Stefcio jest moim gwiazdkowym prezentem :) A skąd się wziął pomysł?
 
Pewnego dnia wybrałyśmy się z mamą do sklepu zoologicznego po piasek i kolby dla kanarków. Przy okazji rozejrzałyśmy się po owym sklepie i moim oczom ukazało się to słodkie zwierzątko. Smacznie sobie spał siedząc przy szybie terrarium plecami do mnie, po chwili odwrócił się i śpiący powoli zaczął się przewracać na bok, po czym się ocknął, poprawił i spał dalej. To było urocze. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. :)
 
Bardzo ruchliwy zwierzaczek, dzisiaj po raz pierwszy wypuściłam go i biegał jak szalony po całym pokoju. Nie sposób za nim nadążyć, ma niesamowite przyspieszenie. Mój brat porównał Stefcia do Formuły 1! Ojjj...

♥
 ♥
A to są moje królisie. Bardzo je kocham i żeby komuś nie przyszło do głowy, że chcę je zjeść! Każda z nich ma imię i jest członkiem rodziny.
 
 ♥
Jako pierwsza pozowała Balbina.
Balbinka to Olbrzym belgijski, taki królik może być naprawdę wielki! Ale nasz futrzaczek na razie jest normalnych rozmiarów. Jest bardzo nieśmiała i trochę musiałam się namęczyć żeby zrobić jej ładne, ostre zdjęcie.


 ♥
A to jest Frida - Baran francuski, ale troszeczkę pomieszany. Te czystej krwi mają uszka całkowicie zwisające. :) Fridzie lekko odstają. To jest taki mój pieszczoszek, zawsze do mnie przychodzi żeby ją pogłaskać albo podrapać za uszkiem. Spróbowałabym tylko dać jej jedzonko i jej przed rozpoczęciem uczty nie pogłaskać. Uwierzcie mi, że potrafiłaby strzelić focha i nic nie zjeść. Taka właśnie jest Frida!

 ♥
 
Ostatni z trzech królików to Melannie. Nasza Mel to w połowie Srokacz niemiecki. Przyjechała do nas niedawno, była bardzo malutka i chudziutka, a teraz proszę jaka pannica. :) Bardzo lubi zaczepiać i biegać jak szalona po klatce.
 
 
Wszystkie trzy mieszkają w specjalnie dla nich zbudowanym domku w szopie za domem, a latem większość czasu spędzają w klatce na zielonej trawce. :) 
Marzy mi się jeszcze jeden królik, mianowicie Królik wiedeński, biały albo niebieski. Jeszcze nie wiem. Ta rasa ma śliczne niebieskie oczka :) Oj, a już nie wspomnę o króliku Agaty. To jest dopiero futrzaczek! :)
 
 
 
A oto moi najwierniejsi przyjaciele!
 
♥♥♥♥
 

Zazwyczaj każdy biegnie w swoją stronę, więc sobie wyobraźcie jak stawałam na głowie żeby je uchwycić wszystkie naraz! Ojjj... Na początku żaden z piesków nie chciał mi pozować, ale potem jak już pierwszy chętny się znalazł - poszło jak z płatka...

♥
To jest Pirat - nasz najmłodszy psiak. Czemu Pirat? Chyba nie muszę Wam tłumaczyć :) Z racji tego, że jest najmłodszy to tak jakby nie ma swojego zdania. Zawsze robi to co reszta. Ale w tej jego nieśmiałości jest też jakiś plus, bardzo się słucha właścicieli i to właśnie od niego wzięła przykład cała reszta piesków i ładnie zaczęły pani pozować do zdjęć! :) No i ostatnio bardzo natarczywie zaczął naśladować najstarszą suczkę, w związku z czym bardzo trudno jest obcym wchodzić na posesję bez obecności kogoś z domowników. No cóż...

♥
Teraz kolej na przedstawienie Lady. Mojego psiego pieszczoszka numer jeden. Latem razem ucinamy sobie drzemki na huśtawce w ogrodzie. To prawdziwa dama! Uwielbia miękkie posłania, wyleguje się na fotelu, leżaku, a do tego ma niesamowicie długie i grube, podkręcone rzęsy, jakby codziennie przesiadywała u wizażystki.
 
Kilka lat temu miała smutną przygodę. Wyjechaliśmy na wakacje całą rodziną i pozostawiliśmy nasze pieski pod opieką sąsiada. Pewnego dnia poblisku coś wystrzeliło z ogromnym hukiem i przez niedopilnowanie dwa pieski uciekły, jak zwykle każdy w swoją stronę. Zurika udało się sąsiadowi złapać, a Lady znikła na długie dni. Po powrocie całymi godzinami chodziliśmy po wiosce i jej szukaliśmy, bez skutku. Aż pewnego dnia znajomy powiedział, że u niego w stodole jest jakiś szary kulawy piesek. Od razu tam poszliśmy i zastaliśmy ją przy płocie. Nie macie pojęcia jak ona się ucieszyła na nasz widok! Niesamowita radość na trzech łapkach. Biedna, po prostu nie umiała znaleźć drogi do domu... A ta radość reszty ferajny kiedy Lady wróciła - bezcenny widok! Teraz psinka jest w pełni sprawna i ma się bardzo dobrze. :) 

♥
A to Bari, nasz najstarszy psiak. Wbrew pozorom to jest suczka, ale kiedy była malutka ktoś kto nam ją przyniósł zarzekał się że to pies stąd takie imię. No i tak wyszło szydło z worka dopiero po latach, bo nikt wcześniej nie sprawdzał. A Bari dalej nie podnosiła nogi żeby załatwić swoją potrzebę, a po kilku miesiącach po raz pierwszy się oszczeniła :) To już taka nasza psia babcia jest, kiedyś miała całą mordkę czarną, a teraz już siwiutkie oblicze ma.

 ♥
Tu powinien być Zuri, ale Zuri jest rudy i wścibski :) He, he... W ogóle nikogo nie słucha i robi co mu się podoba. Ale przed obiektywem czuje taki respekt, że się po prostu zawstydza i albo opuszcza głowę albo po prostu odchodzi z podkulonym ogonem. Bardzo rzadko da się go uchwycić!
Zuri jest królem podwórka i strasznym domatorem, zimą większość czasu spędza w kuchni na ławce albo w sieni w wiklinowym fotelu. Taki to już wygodniś z tego naszego pieska.
 
 
Na koniec moje ptaszyny. Dwa kanarki:
 
♥
Bardzo nieśmiały, żółciutki jak cytrynka Kuba. Obcięcie mu pazurków wiąże się z nie lada wyzwaniem. :) I w dodatku bardzo mało się odzywa. Nie lubi śpiewać. Ewentualnie od czasu do czasu gawędzi z Filipem. Ale i tak jest kochany! Słodki nasz dziobek.

 ♥
A to właśnie jest Filip. Jest z nami trochę dłużej niż Kuba. Filip za to uwielbia śpiewać, a zwłaszcza jak w tle jest włączone radio albo ktoś z domowników sobie podśpiewuje. A największy koncert nadaje kiedy ktoś z kimś rozmawia, czy to przez telefon czy w cztery oczy. Wtedy ledwo można się usłyszeć :) Jakby tego było mało Filip to niezły akrobata, może kiedyś nagram filmik z dowodem jak to Filip umie wyginać śmiało ciało.
 
Ale się rozpisałam o tych moich pieszczoszkach. Wiąże się z nimi ogrom obowiązków, ale jakie te zwierzaczki są wdzięczne jak się człowiek nimi zajmuje. Nie ma nic piękniejszego! Kocham je i niejedno stworzonko bym jeszcze przyjęła pod dach. :)
 
♥♥♥♥♥♥
 
To tyle na dzisiaj,
Miłego wieczoru życzę!
Pozdrawiam - Magda