poniedziałek, 23 maja 2016

Recenzja książki: "Zaraza" Ken McClure

 

O Kenie McClure po raz pierwszy usłyszałam podczas blogowej wymianki mikołajkowej, dziewczyna dla której przygotowywałam paczkę prosiła mnie o książkę i to właśnie ona zachęciła mnie do sięgnięcia po twórczość tego pana. Dlatego też przy okazji kupiłam dwie książki dla siebie i po kilku miesiącach zdecydowałam się w końcu sięgnąć po pierwszą z nich. Bardzo zaintrygował mnie opis książki na okładce: "Zagadkowe włamanie do kostnicy w angielskim szpitalu sprawia, że doktor James Saracen zaczyna interesować się okolicznościami śmierci pewnej pacjentki. Okazuje się, że kobieta zmarła na dżumę - chorobę, której nie notowano w Anglii od setek lat. Początkowo władze usiłują zbagatelizować tę sprawę, wkrótce jednak pojawiają się następne ofiary. Zaraza ogarnia błyskawicznie całe miasto..." Powiem szczerze, że nie przypuszczałam, iż kiedykolwiek sięgną po thriller medyczny, nigdy mnie to szczególnie nie interesowało, lecz teraz sprawa ma się odrobinę inaczej. Już ostrzę sobie pazurki na kolejne książki o tej tematyce.
 
Głównym bohaterem jest lekarz pogotowia ratunkowego James Saracen. Ambicja i dociekliwość doktora nie zawsze mu się opłacają, bardzo łatwo pakuje się w kłopoty. Pewnego dnia przez przypadek nakrywa trójkę mężczyzn próbujących dostać się do kostnicy, co kończy się dla niego odzyskaniem przytomności na stole przeznaczonym do sekcji zwłok. Ten incydent skłania go do własnego śledztwa, w związku z czym staje się bardzo podejrzliwy w stosunku do swoich współpracowników. Kilka razy robi się naprawdę niebezpiecznie, ale w końcu udaje mu się odkryć przerażającą prawdę i rozpoczyna się walka na śmierć i życie o zatrzymanie błyskawicznie rozprzestrzeniającej się zarazy - dżumy, potocznie nazywaną czarną śmiercią.
 
Skąd choroba ni stąd, ni zowąd wzięła się w spokojnym miasteczku w Anglii? Co albo kto za tym stoi? Finał jest naprawdę zaskakujący, bo przecież najprościej było zrzucić winę na pierwszą ofiarę, która na pewno przywlokła wirus z Afryki.
 
Mimo tego, że fabuła powieści jest odrobinę straszna, to od czasu do czasu można się naprawdę pośmiać. Jak chociażby z wiecznie pijanego, bardzo nieszczęśliwego patologa z trzydziestoletnim stażem pracy. Przytoczę krótki fragment, który rozbawił mnie do łez: "- Czy wiesz pan, doktorze na co on umarł? Saracen pokręcił przecząco głową. - Ze starości - wyjaśnił Wylie. Tak samo jak ten, którego robiłem poprzednio. Prawdopodobnie nikomu nie wolno umrzeć z powodu podeszłego wieku. O, nie! Społeczeństwo żąda, żebym każdego, kto się na to odważy, rozciął i obejrzał. A potem mam jeszcze obowiązek wymyślić coś, co brzmi odpowiednio naukowo i wpisać to do świadectwa zgonu. W ten sposób wmawia się ludziom, że starość jest stanem patologicznym i może być leczona. Wystarczy tylko wydać odpowiednio dużo pieniędzy. Błazny! A czytałeś pan, co krewni tych starców wypisują w nekrologach? Wystarczy zajrzeć do miejscowego szmatławca. "Śpij w spokoju". Śpij! Szlag by trafił! Czy ten tutaj wygląda na śpiącego? "Prosimy o dotacje na badania chorób serca". O to właśnie chodzi! Cholerny świat! Dziad był już ślepy, głuchy i pokręcony artretyzmem, a im się wydaje, że jeszcze trochę badań nad funkcjonowaniem układu krążenia i zostałby "uratowany"!
 
Nie wiem jakim cudem w tak króciutkiej książce mogło znaleźć się aż tyle wątków. Wszystkich oczywiście nie mogę zdradzić, bo mogłabym zepsuć całą zabawę być może przyszłym czytelnikom. A do przeczytania tej książki z czystym sumieniem mogę zachęcić, nawet jeśli ktoś w życiu sam z siebie nie sięgnąłby po literaturę tego typu, zresztą tak jak to było w moim przypadku. Mnie ta zagadkowa lektura bardzo przypadła do gustu. Polecam.
 
Ken McClure "Zaraza"
Ilość stron: 207
Wyd. Amber
Ocena: 7/10
 
 
 
Pozdrawiam!
Magda


czwartek, 5 maja 2016

Majówka pod chmurką...

 
 
Maj, młody maj, gdy kasztany kwitną kocham ten kraj! W końcu jest! Jeden z moich ulubionych miesięcy w roku. Kojarzy mi się niezmiennie od kilku lat ze zmaganiami na sali maturalnej. To były piękne czasy, bardzo miło wspominam swoją maturę. Pamiętam, że godzinami przesiadywałam w ogrodzie i wałkowałam swoją prezentację z języka polskiego, ah! - ten dreszczyk emocji, jak to będzie. W międzyczasie wylegując się na huśtawce, zaczytywałam się w książkach Stephenie Meyer. Pamiętam to jak dziś :)  Mama przyniosła mi zerwany z kasztanowca kwiat. Wieczorem po egzaminach rozpalałyśmy ognisko, siadałyśmy wygodnie w fotelach z lampką wina i rozmawiałyśmy, obserwowałyśmy jak nad naszymi głowami przelatują samoloty, migając do nas światełkami... A w dzień, kiedy wracałam do domu zadowolona, że kolejny egzamin za mną, tata pakował całą rodzinę do auta i zabierał na łono natury, raz nad wodę, raz do lasu, wszędzie gdzie się ruszyliśmy było żółto od rzepaku. Nigdy nie zapomnę tego maja, gdy przystępowałam do egzaminu dojrzałości. To był piękny okres w moim życiu. Tym samym życzę tegorocznym maturzystom pomyślnego zdania egzaminów, obyście zachowali jak najlepsze wspomnienia, nawet jeśli mdlejecie ze strachu :) Uwierzcie, że kiedyś za tym zatęsknicie. Powodzenia!
 
Wróćmy do majówki. Jak minął majowy weekend? Mój był dziurawy, drugiego trzeba było pędzić do pracy. Pierwszego maja pogoda do południa była ładna, nawet bardzo, gorzej sprawa miała się po południu, ale to nic... Wycieczka rowerowa i tak się odbyła. Daleka jak na pierwszy raz, ledwo przeżyłam, a i tak było pięknie. Bo kto to widział, żeby całą drogą pedałować pod wiatr na najwyższym biegu (rower miał bliskie spotkanie z moim bratem :)). Byłam tak zmachana, że nawet nie pomyślałam żeby zrobić zdjęcie w lesie pełnym czosnku niedźwiedziego, cudowny widok i zapach. Taka świeża zieleń. Pięknie. Postaram się to nadrobić :)
 
 
Wycieczka wycieczką, lecz najpierw trzeba było coś wszamać. Obiad tym razem serwowaliśmy pod chmurką, było wspaniale, pysznie i odświętnie... Kwiatki, świece, obrusik, poduchy i piękne słoneczko :) Miło tak od czasu do czasu zjeść w takiej scenerii :)
 
 
 
 
 
Oczywiście na książkę też znalazłam czas, po długiej przerwie wróciłam do "Królów przeklętych" i cieszę się z tego bardzo. Lubię książki historyczne, ale muszę mieć naprawdę dobry dzień żeby je czytać... No to czytam! Do następnego razu. Pa!
 
 
Pozdrawiam!
Magda



poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Book haul z marca...

 
 
Mamy już prawie połowę kwietnia, więc najwyższy czas na kolejną odsłonę książkowych zakupów. I powiem tyle: miniony miesiąc okazał się dla mnie naprawdę szczęśliwy, upolowałam na Allegro istne perełki za całkiem nie dużą sumę. Nooo, powiedzmy, że to był prezent na zajączka, choć pewnie biedny złamał by sobie kręgosłup, bo jakimś trafem do mojej biblioteczki przybyło sporo "cegieł".  Właściwie to dążę do tego aby te zakupy w okresie letnim troszkę pohamować, gdyż wiosną i latem są inne wydatki, wiadomo: ogród, wakacje, części do roweru (haha!) :) Zobaczymy czy mi się uda, bo kupowanie książek sprawia mi wielką radość. A jak poprawia humor, gdy na półkach zaczyna brakować miejsca. Tylko prawdziwemu książkoholikowi pomieści się to w głowie. Pozdrawiam takowych. 
 

A w marcu przybyło do mnie piętnaście książek, oczywiście łącznie z pięcioma częściami Sagi o Ludziach Lodu i dwiema książkami Sparksa "Noce w Rodanthe" oraz "I wciąż ją kocham".
 
 
Poza tym udało mi się w końcu kupić dwie pierwsze książki z cyklu Obca - Diany Gabaldon, czyli "Obca" i "Uwięziona w bursztynie". Dostać "Obcą" ostatnimi czasy graniczy niemal z cudem, już się pogodziłam z tym, że nigdy jej nie kupię aż tu nagle trafiłam na aukcję. Jaka była moja radość kiedy udało mi się kupić każdą z nich za dziewiętnaście złotych. Taniej nie spotkałam nigdy wcześniej, a obydwie wyglądają jak nowe. Czasem ma się szczęście. Pierwszy sezon serialu zdążyłam już obejrzeć dawno temu i powiem tylko tyle, bardzo ciekawa historia. O czym? Claire Randall, jeszcze niedawno wojenna pielęgniarka, spędza wakacje w Szkocji. Dotknąwszy starego kamienia, nieoczekiwanie... przenosi się w przeszłość. Wystarczy? Nie mogę się doczekać kiedy po nie sięgnę, bo jak wiadomo adaptacje zawsze są mocno okrojone.
 
 
Oprócz tego u tego samego sprzedającego udało mi się jeszcze kupić "Bez pożegnania" Barbary Rybałtowskiej, paplałam już o tej książce milion razy, jest naprawdę dobra. Kupiłam, bo uznałam, że chętnie kiedyś bym jeszcze do niej wróciła. Warto mieć tę książkę w domowej biblioteczce, pod ręką, a poza tym kosztowała mnie tylko osiem złotych, więc grzech byłoby nie wziąć. Ostatnią z tej paczki była "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton. Lata 60. XIX wieku, Nowa Zelandia. Na wyspie wybucha gorączka złota. Szkot Walter Moody to jeden z tych śmiałków, którzy przybywają do miasta Hokitika skuszeni wizją bogactwa. Tuż po zejściu na ląd jest świadkiem dziwnego zgromadzenia. Dwunastu mężczyzn spotyka się w tajemnicy w palarni jednego z hoteli, by przedyskutować sprawę serii niewyjaśnionych zdarzeń. Kilka dni wcześniej bez śladu zaginął pewien młody bogacz, który zamieniał w złoto wszystko, czego się tknął. Na drodze prowadzącej do Hokitika znaleziono nieprzytomną prostytutkę, która próbowała odebrać sobie życie. A w chacie poszukiwacza złota, który zapił się na śmierć, niespodziewanie znaleziono wielką fortunę... Kupiłam, gdyż skusiła mnie cena i wysoka ocena na LubimyCzytać.pl, zobaczymy co z tego wyniknie.
 
 
Kolejna książka, która do mnie dotarła to... Tak! W końcu ją mam! Upolowana za grosze i nowiuteńka. "Biała królowa" Philippy Gregory. Ach, ile to już lat staram się zebrać wszystkie książki tej autorki i idzie mi to kulawo, bo wciąż jest jakaś nowa książka na którą mam akurat chrapkę. I tak oto z cyklu Wojny kuzynów mam trzy pierwsze tomy, a jeszcze trzy przede mną. W Gregory zakochałam się po obejrzeniu mini serialu stacji BBC o tytule "Biała królowa" właśnie. Polecam gorąco, bo właśnie dzięki tej autorce polubiłam książki historyczne. Pisze wspaniale.
 
 
Następna w tym wielkim stosie jest "W krainie kolibrów" Sofii Caspari. O tej książce trąbili na instagramie, na youtube, na facebooku, wszędzie! Więc i ja musiałam się w nią zaopatrzyć. Skusiła mnie sam fakt, że to saga argentyńska. Latem 1863 roku Anna i Viktoria zaprzyjaźniają się na statku do Buenos Aires – ówczesnej ziemi obiecanej dla tysięcy Europejczyków. Młode kobiety dzieli prawie wszystko. Zakochana Viktoria płynie do swego męża Humberto, syna bogatego plantatora. Nie martwi się o swój los, rozkoszuje się luksusową podróżą, śmieje się głośno i odważnie patrzy życiu w oczy. Anna jest służącą – ma dołączyć do bliskich, którzy już od roku mieszkają w Argentynie. Jej serce wypełnia obawa przed nieznanym.
 
 
Przy okazji skusiłam się również na "Tygrysie wzgórza" Sarity Mandanna. Zapierające dech w piersiach opisy nieprzeniknionej dżungli, łagodnych wzgórz i plantacji kawy tworzą egzotyczne tło sagi o sile namiętności i przeznaczenia. Bardzo, bardzo egzotycznie. W sam raz na wakacje pod gruszą :)
 
Ostatnią książką, którą kupiłam w marcu jest "Harry Potter i komnata tajemnic" J.K. Rowling :) Nie śmiejcie się. To jest jedna z pierwszych książek, które pochłonęły mnie bez pamięci, od tej serii zaczęła się moja przygoda z czytaniem, a raczej z pożeraniem. Nigdy nie miałam własnego egzemplarza, więc czas nadrobić. Must have w mojej biblioteczce!
 
 
No i to by było na tyle książkowych zakupów. Dosyć sporych rozmiarów jest ten mój marcowy stosik. Dumna jestem z tych pozycji, które chciałam mieć już od dawien dawna.
 
 
 Pozdrawiam!
Magda


niedziela, 10 kwietnia 2016

Kwietniowy kwiatostan...

 
 
Pogoda za oknami od kilku dni jest paskudna, pada bez przerwy i nie zapowiada się na to żeby miało się przejaśnić, warstwy chmur mają chyba pięć kilometrów. A było tak pięknie, tak cieplutko... Wynieśliśmy już część mebli do ogrodu, jest stolik, krzesła i huśtawka. Teraz czekam na leżaczki, które przyjdą do nas za pośrednictwem firmy kurierskiej. Lecz poza odpoczynkiem w ogrodzie jest też mnóstwo pracy. Jak tam u Was wygląda sytuacja z warzywniakami, rabatkami, trawnikami i tak dalej? U nas pomalutku do przodu. Myślę, że jak wróci słoneczko to znów zacznie się ogrodowe szaleństwo i chwila na relaks, podziwianie wiosennych kwiatków i  zieleni, która po deszczu pięknie się ożywiła. Aż miło popatrzeć i nie ważne, że wciąż leje i leje...
 
A ja na przekór brzydkiej pogodzie mam w zanadrzu kilka kolorowych fotek z ogrodu... Kwiatki, kwiatki, kwiatuszki... Krokusy, żonkile, hiacynty, tulipany, fiołki, stokrotki, czyli wszystko co najlepsze. Jak dobrze, że jest wiosna. Już niebawem będziemy wcinać rabarbar w każdej postaci, hurraaaa! Ciasta, kompoty... Niech żyją letnie dni!
 
Wspaniałej niedzieli życzę moi drodzy, pomimo pogody za oknem! Dużo słoneczka na nowy tydzień!
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Pozdrawiam!
Magda

czwartek, 31 marca 2016

O domowym chlebku...



Nie zdążyłam się obejrzeć i bach! - znów minął miesiąc od ostatniego posta! Bach! - minęły święta, dosłownie mnie ominęły. Bach! - przyszła wiosna! Ach, wiosno, witaj! Już nie wspomnę, że mija marzec. Czas pędzi i pędzi, a ja postanowiłam na chwilę w końcu się zatrzymać i razem z wiosną, wiosennymi porządkami, podumać trochę nad sobą samą. 

Dzień trwa i trwa, słoneczko świeci, deszczyk czasem odrobinkę nas skropi, przy czym zapach powietrza oszałamia. Aż chce się tańczyć! Ptaki szczęśliwe, śpiewają jak szalone. Pomijając plagę wróbli i wścibskich szpaków, które już czekają... nie wiem na co. Moje ukochane kosy! Wieczorami, o świcie, w środku dnia dają przepiękne koncerty, co stanowi najpiękniejszą muzykę dla moich uszu. Kocham te ich trele. Kwiatki. Szkoda tylko, że są aż tak kruche. Codziennie robimy obchód ogrodu, a tam z dnia na dzień ładniej. Pierwsze tulipany już zakwitły, krokusiki niestety powoli przekwitają, ale dywanik jest dość obfity. A jakie ładne mini narcyzy nam powychodziły... A z dzikusków, stokrotki, cebulice i fiołki. Te ostatnie ciągle chodzą mi po głowie, bo to ich czas, teraz i tylko teraz. Mają tyle zastosowań, a mi jest szkoda je pozbierać... Bo są piękne i ślicznie pachną. Muszę pomyśleć...



Lecz nie o tym dziś. Będzie pysznie i pachnąco dzięki chlebusiowi domowej roboty. Pogadam troszeczkę o tradycyjnym chlebie kresowym. Parę osób prosiło mnie o przepis. Voilà! Będzie i przepis. Powiem tyle - zachęcam do spróbowania, nawet jeśli komuś będzie się wydawało, że za dużo pracy przy wypieku chleba. Kochani! Ten zapach w całym domu, ta chrupkość i smak... no i możliwość dodania do ciasta czego tylko dusza zapragnie, zioła, ziarenka, suszone owoce... Chodzi za mną żurawina. Ale myślę, że niebawem na dłuższy czas w naszym chlebie zagości niedźwiedzi czosnek, już nie mogę się doczekać.


Zacznijmy od historii takiego kresowego chlebka. Otóż. Kresowe gospodynie tradycyjnie piekły chleb raz w tygodniu - w soboty. Formowały one zgrabne bochenki o wymiarach 30-40 cm. Pieczenie trwało zazwyczaj dzień lub dwa, gdyż zaczynano od przygotowania zakwasu - do tego celu przeważnie wykorzystywano drewnianą miskę, do której przesiewano porcję mąki (my możemy wziąć dużą garść). Do mąki dodawano kminek (nam wystarczy jedna łyżeczka), szczyptę soli i tyle ciepłej (niegorącej!) wody, aby zagnieść ciasto. Do zagniatania wolno było używać jedynie drewnianej łyżki - zakwas nie powinien mieć kontaktu z metalem. Z ciasta lepiono niewielki bochenek, przykrywano czystą ściereczką i odstawiano w ciepłe, zaciszne miejsce do wyrośnięcia - najlepiej na całą noc. Następnie do podrośniętego zakwasu dodawano resztę mąki, należało uważać, aby mąka miała taką samą temperaturę co zakwas - to jest bowiem sekret udanego chleba (na dwa duże bochenki dodajemy około kilograma mąki, może być mieszanka żytniej i pszennej. Do tego dodajemy dwa jajka, 1/4 kostki drożdży rozpuszczonej w ciepłej wodzie i mieszankę maślanki bądź kefiru z ciepłą wodą - tyle ile zabierze ciasto)  i dokładnie wyrabiano. Wyrobione ciasto ponownie odstawiano w ciepłe miejsce, a gdy wyrosło - raz jeszcze szybko wyrabiano. Gotowe bochenki układano na blasze i wygładzano nożem maczanym w wodzie. Wstawiano do nagrzanego pieca na godzinę, półtorej. Świeżo upieczony chleb po wyjęciu z pieca układano na boku, aby dobrze odparował, przy czym niektórzy przykrywali go na ten czas wilgotną lub suchą lnianą lub bawełnianą ściereczką.





Takim oto sposobem przeszliśmy z historią przez przepis na chleb. Spróbujcie! To nic trudnego, a jest naprawdę pyszny, a co najważniejsze można go jeść cały tydzień i nie traci swoich walorów... Należy jednak pamiętać, że chlebki z żytniej mąki dłużej wyrastają.
 


Na dziś to tyle z mojej strony. Uciekam trochę poczytać o komisarzu Forście, bo fabuła "Ekspozycji" porwała mnie bez reszty i ciekawa jestem bardzo co dalej. Myślę, że o książce pisnę w następnym poście, a lista książek, które przeczytałam w tym roku znajduje się w prawej kolumnie bloga, więc macie wgląd na bieżąco. Hihi...


Pozdrawiam!
Magda

 


poniedziałek, 29 lutego 2016

Z tęsknoty za szydełkiem...

 
 
Dwudziesty dziewiąty dzień lutego, to podobno dzień po stokroć bardziej pechowy niż piątek trzynastego... Ale ja tam w takie bzdety nie wierzę. Co prawda w roku przestępnym zarówno cztery lata temu jak i teraz mamy w domu trochę pod górkę, lecz nie będę się na takie tematy dziś rozwodzić. Może to wynika z czegoś zupełnie innego.
 
Na przekór całemu światu, korzystając z dnia wolnego robię rzeczy na które akurat dziś mam ochotę. A jak! Poranek celebrowałam tak jak zawsze kiedy jest do tego okazja, ledwo co się przebudziłam, zaparzyłam kawkę i fik z powrotem pod kołdrę, bo to przecież jedno z najlepszych miejsc do lektury. Na tapecie wciąż "Droga Północna. Ja jestem Halderd" Elżbiety Cherezińskiej, już prawie kończę i mogę powiedzieć o niej na razie tylko tyle, że jest jeszcze lepsza od tomu pierwszego. Naprawdę! I chyba już nie mogę doczekać się kiedy w moje ręce wpadnie tom trzeci! Ah te książki, człowiek powoli nic innego by nie robił tylko czytał i czytał, a są też inne obowiązki...
 
 

Ostatnio zatęskniłam również za szydełkiem... Oj długie było nasze rozstanie, musiałam sobie odświeżyć to i owo, żeby praca nad moją serwetką jakoś szła i wszystko miało przysłowiowe ręce i nogi. Wybrałam bardzo prościutki wzór, wygrzebany gdzieś z otchłani internetu i od razu zabrałam się do pracy. Serwetka ta ma się zmieścić w obręczy o średnicy dwadzieścia centymetrów, więc za dużo plątania przy tym nie będzie, a prezentuje się całkiem nieźle. Myślę, że pod koniec tygodnia pokażę Wam co mi z tego wyszło...
 

 
Mimo paskudnej pogody, siąpiącego deszczu wyrwałam się też na mały obchód ogrodu w towarzystwie aparatu. Wygląda mi na to, że wiosna już się rozgaszcza. Budzi do życia roślinki, zwierzęta szaleją... Po zachowaniu samych kosów widzę, że coś jest na rzeczy... Samiec późnymi popołudniami śpiewa jak szalony! I z tego co zaobserwowaliśmy możliwe, że kosy mają już młode... A nawet wiem gdzie rezydują... Niczego się nie nauczyły w zeszłym roku, znowu osiadły nad kwaterą mojego pieska Zurika. I znów będzie wyłapywanie młodocianych kursantów pierwszego lotu i przenoszenie w bezpieczne miejsce gdzie rodzice spokojnie je wychowają... Ah te nasze kosy.
 






Już nie mogę się doczekać kiedy ogród zarośnie zielenią! Patrząc na torebki z nasionami, mam ochotę zabrać je wszystkie i siać gdzie popadnie... Hihi... A potem kupię sobie mój wymarzony leżaczek i z niego będę podziwiała co z tego wyrośnie. Miłego tygodnia kochani!


Pozdrawiam!
Magda
 
 


czwartek, 25 lutego 2016

Book haul z lutego...

 
 
Mój pierwszy, jawny, miesięczny stos książkowy. Powiem szczerze, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego ile książek w ciągu miesiąca trafia do mojej domowej biblioteczki. Za każdym razem jak dopadnę w księgarni lub w supermarkecie okazję, żeby taniej kupić książkę, po prostu to robię. Właściwie to książki są moim nałogiem, innych nie posiadam i to chyba nic złego, że zamiast paczki papierosów codziennie, ja kupuję często książki. Aż miło patrzeć jak powoli regały w domu zapełniają się kolejnymi egzemplarzami. Osobiście uważam, że w każdym domu powinna być choć jedna mała półeczka z książkami, obojętnie czy są to książki kucharskie, przewodniki czy powieści. Dom w którym są książki, ma bardzo bogatą duszę. A do tego staje się niesamowicie przytulnym zakątkiem.
 
Lubię wieczorami siadać w fotelu z książką w ręce i kubeczkiem aromatycznej zielonej herbaty. Mam w domu kilka ulubionych miejsc w których zaszywam się tak na długie godziny. Jednym z nich jest fotel przy regale z książkami w salonie. Odkąd wyciągnęliśmy ścianę łącząc ze sobą dwa pokoje ukochałam sobie to miejsce we wnęce i tam najlepiej się czuję. Drugim takim miejscem jest moje łóżko. Taaaaak. Uwielbiam czytać przed snem, bądź też rankiem kiedy mam wolne i nie muszę się nigdzie spieszyć. Zresztą nie na darmo mam przy łóżku narożny regał z książkami...
 
 
 
Tak prezentuje się stosik, a właściwie dwa stosiki książek, które kupiłam, bądź też pożyczyłam od rodziny i znajomych. Oprócz comiesięcznego pewniaka, jakim są książki Margit Sandemo w twardej oprawie oraz kolekcji powieści Nicholasa Sparksa w bardzo ładnym wydaniu, w lutym prym wiódł Remigiusz Mróz. Tyle pozytywnych achów i ochów wysłuchałam, iż postanowiłam, że muszę w końcu zapoznać się z twórczością tego Pana. Poza tym udało mi się w końcu kupić "Cyrk nocy" Erin Morgenstern, wierzcie mi lub nie, ale z tą książką pragnęłam się zapoznać zaraz po dniu premiery, a było to parę ładnych lat temu, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły i nie mogłam sobie pozwolić na kupienie tej książki. Teraz kupiłam ją za niecałe dziesięć złotych i jestem naprawdę szczęśliwa, że dołączyła do mojej biblioteczki. "Monsunowe dni" kupiłam w Tesco pod wpływem impulsu, ponieważ mam już jedną książkę tej autorki i z opinii mamy wiem, że pisze dość ciekawie. To tyle o kupionych książkach. Teraz czas na te pożyczone. "Saga Sigrun" i "Ja jestem Halderd" przybyły do mnie w ramach akcji WĘDRUJĄCA KSIĄŻKA, którą zorganizowała Justyna, pierwszą z nich już przeczytałam i teraz zaczytuję się w tomie drugim, bo książki są naprawdę dobre. Ostatnimi książkami są "Hanyska" i "Dzieci hanyski" Heleny Buchner, która w mojej rodzinie krąży z ręki do ręki, choć właścicielka pewnie myśli, że wciąż jest w tym miejscu w którym ją zostawiła :) Oh, książkowe newsy w naszej rodzinie bardzo szybko się rozchodzą...
 



No i na tym zakończę mój pierwszy book haul, choć nie powiem - wciąż kusi mnie żeby kupić chociaż jedną książkę więcej... Hihi... Książkoholicy podobno tak już mają :)
 
Życzę wspaniałego dnia pełnego czytelniczych odkryć! Obyście znaleźli odrobinkę czasu na książkę. Bo "Kto czyta książki - żyje podwójnie" Umberto Eco
 
 
 
Pozdrawiam!
Magda
 
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...