piątek, 22 maja 2015

Międzyblogowy kącik czytelniczy...

 
 
Hej, hej kochani!
 
Akcja "Międzyblogowy kącik czytelniczy" trwa już od jakiegoś czasu, a ja nie dodałam jeszcze ani jednej książki, choć przeczytałam ich już od tego czasu całkiem sporo. No cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Dzisiaj będzie fantastycznie przygodowo. A to za sprawą, mojej młodszej o połowę kuzynki, która kończy właśnie podstawówkę. Taaaak... Kiedy dowiedziałam się, że w kanonie lektur szóstoklasistów figuruje "Hobbit" postanowiłam tę książkę w końcu przeczytać... Wstyd się przyznać, ale jeszcze nigdy nie czytałam żadnej książki Tolkiena, a filmy, trylogię "Władcy pierścieni" uwielbiam. Ekranizację "Hobbita" obejrzałam dopiero po przeczytaniu książki i bardzo jestem zaskoczona, że z tak małej książeczki zrobili trzy świetne filmy. 
 
Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że czekałam na odpowiednią chwilę, najpierw chciałam zebrać wszystkie tomy w domowej biblioteczce, a potem do woli się nimi delektować, ale skoro Wiktoria była tak uprzejma i udostępniła mi książkę to czemu by nie skorzystać?
 
 

A więc, pierwszą książką, którą dodam do MKC (Międzyblogowy Kącik Czytelniczy) na moim blogu jest właśnie "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J. R. R. Tolkien.

Notka z okładki książki:

Światowej sławy pisarz angielski John Ronald Reuel Tolkien (1892-1973) był profesorem filologii angielskiej na uniwersytecie w Leeds oraz profesorem literatury średniowiecznej w Oksfordzie, znawcą literatury i języka staroangielskiego, staronordyckiego, starogermańskiego oraz gockiego. Jako powieściopisarz dał się poznać dopiero w 1937 roku, publikując "Hobbita", który przyniósł mu rozgłos na całym świecie. W samej Anglii książka ta miała dziesiątki wydań. Zachęcony powodzeniem i prośbami oczarowanych czytelników, Tolkien powrócił do historii Bilbo Bagginsa, pisząc trylogię "Władca Pierścieni", kontynuację "Hobbita". Zarówno "Hobbit" jak i "Władca Pierścieni" powstały pod wpływem dobrze znanych autorowi skandynawskich mitów i staroangielskich legend, pełnych czarodziejów, smoków i przedmiotów o nadprzyrodzonej mocy. Fantastyczny, przemyślany do najdrobniejszych szczegółów świat powieści niezmiennie zachwyca kolejne pokolenia czytelników.
 
 
 
Bilbo Baggins to 50-letni mieszkaniec Shire'u. Jak wszyscy hobbici, stroni od przygód i niebezpieczeństw, i stara się prowadzić spokojny, bezpieczny żywot. Pewnego wiosennego poranka składa mu wizytę czarodziej Gandalf Szary. Proponuje on hobbitowi udział w pewnej przygodzie, nie tłumacząc, o co chodzi. Bilbo kategorycznie odmawia, mimo to jednak wieczorem czarodziej ponownie odwiedza jego dom, wraz z kompanią 13 krasnoludów pod przywództwem Thorina Dębowej Tarczy. Okazuje się, że przygoda, o której mówił Gandalf, to podróż do Ereboru w celu zabicia smoka Smauga i odzyskania skradzionych przez niego skarbów. Hobbit ostatecznie zgadza się towarzyszyć krasnoludom w ich misji, toteż kompania wyrusza z Shire'u, opuszczając tym samym bezpieczne ziemie hobbitów. Już na początku podróży czeka ich wiele niebezpieczeństw, od których wytchnienie przyniesie dopiero pobyt w dolinie Rivendell. Stamtąd kompania ruszy na spotkanie z niebezpiecznymi Górami Mglistymi.
 
 
I może cała ta idea dodania tej książki dla niektórych może wydawać się dziecinadą... Nic bardziej mylnego, dla mnie to świetna terapia antystresowa, gdyż zagłębiając się w fabułę książek przygodowo - fantastycznych zapominam o całym świecie, odprężam się i oczami wyobraźni oglądam sobie moją własną "ekranizację" w głowie... a to wymaga skupienia. Gwarantuję Wam, że książka wciągnie w swój świat czytelnika w każdym wieku. I mało tego, powiem Wam, że natłok przygód Bilbo Bagginsa, opisy krajobrazów i postaci był tak dosadny, że spokojnie dwa lub trzy rozdziały na dzień mi wystarczały... Bo przyjemności trzeba sobie umiejętnie dozować. :) Wspaniała lektura...
 
Z całą pewnością mogę stwierdzić, że Tolkien stał się jednym z moich ulubionych pisarzy i już się nie mogę doczekać kiedy sięgnę po resztę książek tego autora.
 
 

 
A oto lista książek, które już w tym roku przeczytałam biorąc udział w wyzwaniu 52 książki:

1. "Księga Tatr" Jalu Kurek
2. "Piąta fala" Rick Yancey
3. "Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr" Stanisław Witkiewicz
4. "Księgi Jakubowe" Olga Tokarczuk (niestety dla mnie nie strawne, przeczytałam ponad połowę i dałam sobie spokój)
5. "Piąta fala. Bezkresne morze" Rick Yancey
6. "Pan Lodowego Ogrodu. Tom I" Jarosław Grzędowicz
7. "Chłopcy" Jakub Ćwiek
8. "Chłopcy 2. Bangarang" Jakub Ćwiek
9. "Niezgodna" Veronica Roth
10. "Jak to się skończy" Barbara Rybałtowska
11. "Dzienniki 1945-1950" Agnieszka Osiecka
12. "Będziesz tam?" Guillaume Musso
13. "Pan Lodowego Ogrodu. Tom II" Jarosław Grzędowicz
14. "Zbuntowana" Veronica Roth
15. "Gwiazd naszych wina" John Green
16. "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J.R.R. Tolkien

To na razie tyle, ciąg dalszy nastąpi :)
Aktualnie czytam trzy plus dwie które "wiszą" od początku roku...
A to dlatego, że zazwyczaj nie mogę się doczekać aż sięgnę po jakąś inną książkę. Hi, hi...

No i oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok ślicznego nowego wydania "Sagi o Ludziach Lodu" Margit Sandemo w twardej oprawie... Tak więc, idę sobie poczytać :)



 
Pozdrawiam!
Magda
 


środa, 20 maja 2015

Stokrotka rośnie polna...

 
 
Witajcie!
 
 
Wraz z początkiem wiosny u nas w domu od jakiegoś już czasu bawimy się w zielarzy. Wiosna to "Czas oczyszczenia - odnowa i witalizacja - złotozielony czas leczenia Archanioła Rafała" (przyt. z książki "Zioła przez cały rok. Zbieranie, przechowywanie, wykorzystywanie roślin leczniczych" Adelheid Lingg). Zbieramy i przetwarzamy różniste roślinki... Oczywiście bez przesady, bo wszystkiego pozbierać się nie da. Hi, hi, hi... Jakoś tak co roku bukiet tego zielska się zmienia :) W tamtym roku zbieraliśmy lipę, miętę, rumianek, melisę, podbiał, akację i tym podobne na herbatkę. Piliśmy wodę z dodatkiem bluszczyka kurdybanka, mięty i cytryny. Z mniszka lekarskiego i bzu czarnego robiliśmy syrop... Nalewki z pigwy i tarniny. Kanapki sypaliśmy posiekanym czosnkiem niedźwiedzim... Właściwie to od wiosny do jesieni ciągle coś zbieramy i przetwarzamy, jak te chomiki... Albo wiewiórki szykując się do zimy... Uwielbiam ten czas kiedy wszystko wkoło jest takie świeże i sezon na "zbieractwo" się rozpoczyna...


"Tryskające górskie źródełka
i radosny korowód roślin
obwieszczają nadejście nowego
roku roślin"

                   
Trzeba korzystać z dobrodziejstw natury ile wlezie. W tym roku po raz pierwszy zrobiłam pyszny syrop ze stokrotki, niektórzy mówią o nim miód, bo w smaku bardzo go przypomina... Wspaniale smakuje w herbatce i owsiance, już próbowaliśmy... Do naleśników też idealnie by się nadał.
 


Syrop ze stokrotek

250g kwiatków stokrotki
1 cytryna
400g cukru
800 ml wody

Kwiatki dokładnie umyć. Wrzucić do garnka i zalać wrzątkiem. Dodać cytrynę pokrojoną w plasterki i odstawić całość na noc. Następnego dnia wymoczone stokrotki przecedzić przez płótno. Wsypać cukier i gotować na małym ogniu. Syrop ma wyraźnie zgęstnieć - gotować około godziny.
Gotowy syrop przelać do wyparzonych buteleczek lub słoiczków, zakręcić i odstawić przykryte by całkowicie wystygły.

Smacznego!


Stokrotka o sobie

Stała sobie któregoś ranka na błękitniejącym niebie błyszcząca Wenus, dostępując wyjątkowego zaszczytu. Po jednej stronie miała Słońce, po drugiej Księżyc. I wiecie, co się wtedy stało? Cała trójka objęła się radośnie i zaczęła tańczyć, zataczając małe złote kółka. Po całej ziemi rozpryskiwały się srebrzystobiałe iskry. Z każdej zaś wyrastała delikatna roślinka w złocie, bieli i zieleni i lekko się czerwieniła, kiedy rozpoznawała samą siebie.

Tak, właśnie w ten sposób się narodziłam, ja, stokrotka. Od tamtej chwili wychylam główkę z każdej zielonej łąki, otwieram kwiaty na słońce i zamykam je nocą i w deszcz, żeby marzyć o świetle księżyca. Przepełniona radością żyję wśród dzieci ziemi i przypominam im w każdym miesiącu roku, że są związane z rzeszą dzieci nieba i gwiazd. Niewinność, czystość i radość tkwią w każdej mojej komórce, dając mi delikatną, cenną moc. Bardzo chętnie obdaruję nią ciebie.




Na razie zrobiłam syrop z jednego przepisu i wyszły trzy słoiczki, teraz czekam aż stokrotki odrosną i do dzieła. Jest naprawdę smaczny, smakuje dosłownie jak miód...
A wiadomo nie od dziś, że stokrotka zdrową jest! Ma właściwości schładzające, łagodzące ból i rozkurczające, oczyszczające krew i skórę, pobudzające przemianę materii.
Jaki morał? Kochani na wiosnę opychamy i okładamy się stokrotką :)

Pozdrawiam!
Magda
 
PS: Wszystkie teksty o stokrotce pochodzą z wyżej wymienionej książki Adelheid Lingg.

środa, 13 maja 2015

Góry, góry, wszędzie góry...

 
 Witajcie!
 
  Jem właśnie ostatniego, przywiezionego z mojego ukochanego miasta w Polsce oscypka (kilka się uchowało). I myślę sobie jak by tu ująć w słowach to co przeżywałam ponad dwa tygodnie temu na Kasprowym Wierchu delektując się słoneczną pogodą i przepięknymi widokami... Po wyjściu z górnej stacji kolejki dech zaparło mi w piersiach! Oczywiście po drodze na górę mijając kolejne szczyty gór też było pięknie. Pooglądałam sobie z góry dolinki, "przeleciałam" koło grani, troszkę pokołysało... Ale i ścisnęło mi serducho kiedy w dole widziałam kolejne umierające drzewka... Z przykrością stwierdzam, że Tatrzański Park Narodowy ginie i nikt z tym nic nie robi. Niedługo będziemy wchodzić na "łyse polany". Żal, żal i jeszcze raz żal, choć chyba i tak najgorzej jest w drodze na Morskie Oko. Dlaczego po stronie słowackiej Tatr walczą z tymi szkodnikami pożerającymi drzewa na wszystkie sposoby, a u nas nie kiwną palcem, bo to Park Narodowy? A skoro tak się upierają, że nie można ingerować w sprawy natury to dlaczego usuwają przewalone przez wiatr halny drzewa? Niech się zdecydują, bo niebawem nie będą mieli czego usuwać... Strasznie mnie to drażni, bo ilekroć wybieram się na tatrzańskie szlaki, sprawa wygląda coraz gorzej... Przykre. Lecz wróćmy do tych widoków, którymi się zachwycałam. Kiedy wyszłam ze stacji, pierwsze co, oślepiło mnie słońce, które odbijając światło od śniegu raziło po oczach, aż łzy ciurkiem płynęły. Potem zobaczyłam działający wyciąg i tłumy narciarzy i snowboardzistów, którzy wyczyniali takie rzeczy, że odechciało mi się nauki jazdy na nartach. A na samym końcu dostrzegłam pierwszy, cudownie ośnieżony szczyt góry. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z takimi widokami, nie licząc telewizji oczywiście. To co zobaczyłam było piękne, miałam wrażenie jakbym wraz z tymi wszystkimi ludźmi znalazła się na końcu świata. Wszędzie wkoło, jak okiem sięgnąć górskie szczyty w białej pierzynce. I nic nie było ważne, tylko góry... Po jakimś czasie dopiero w oddali, niziutko dostrzegłam Zakopane. Na Kasprowym Wierchu byłyśmy z mamą półtorej godziny, a ja po piętnastu minutach miałam tak opaloną buzię, że przez resztę czasu starałam się stać tyłem do słońca bo bałam się, że mi bąble na twarzy urosną. Skóra zeszła mi dzień później, ekspres... Co zrobić, hi, hi... Do końca pobytu w Zakopanem starałam się unikać kontaktu ze słoneczkiem, co marnie mi wychodziło, chodzenia było sporo, jeszcze Wam poopowiadam... A tymczasem pokażę Wam czym się zachwycałam.













Aha, zapomniałam Wam wspomnieć w poście o krokusach. Jak zawędrujecie kiedykolwiek do Doliny Chochołowskiej i zatrzymacie się na chwilkę w schronisku, spróbujcie szarlotki po chochołowsku, z jagodami i bitą śmietaną. Polecam gorąco, nie pożałujecie... To moje najnowsze odkrycie i powiem Wam, że to najlepsza szarlotka jaką w życiu jadłam...


Pozdrawiam!
Magda 
 


wtorek, 5 maja 2015

Muszę, bo się uduszę...

 
 
Witajcie!
 
 Moi drodzy chciałam Wam coś pokazać, po prostu muszę, bo się uduszę... I tyle. No więc tak, będzie to post iście kwiatowy, wiosenny, słoneczny i przyjemny. Yhm. Znowu kwiatki, ale jakie... Kiedy wróciłyśmy z mamą z Zakopanego, biegiem niemal wyrywając furtkę do ogrodu z zawiasów poleciałyśmy zobaczyć jak po sześciu dniach naszej nieobecności wygląda ogród. I stanęłyśmy jak wryte. Kochani miałam łzy w oczach jak to zobaczyłam, bo ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak pięknych tulipanów, w dodatku na tle ślicznie kwitnącej magnolii. Przez dłuższą chwilę nic innego nie widziałam, nic nie słyszałam, stałam i się gapiłam. Dopiero potem zauważyłam, że wszystko wkoło ładnie się zazieleniło i dotarło do mnie jak cudnie, na szczycie modrzewia swoje pieśni wygłasza kos. Wszędzie pięknie, ale w domu najlepiej pomyślałam sobie i pognałam po aparat. A oto efekt mojego uwieczniania piękna przez duże P na fotografiach. Jeszcze zanim przejdę do zdjęć wtrącę, że cebulki owych tulipanów przywiozłyśmy z Holandii, z miejsca w którym pracowałyśmy latem w tamtym roku. A druga sprawa, wyobraźcie sobie, że przygotował je dla nas bardzo doświadczony holender i nie jest to przypadkowa mieszanina...
 
 












 
No chyba jednak z tym słonecznie troszkę przesadziłam... Wcale tego dnia słonecznie nie było co zresztą widać na zdjęciach - brak światła. Trudno... W rzeczywistości tulipanki były jeszcze ładniejsze.
 
Korzystając ze sposobności, chciałabym powitać moje nowe obserwatorki! Cieszę się, że jesteście. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na długo...

No to lecę malować ściany :) Pa!
 
Pozdrawiam!
Magda


piątek, 1 maja 2015

Pysznie, rabarbarowo w maju...

 
 
Witajcie!

Coś mi się wydaje, że troszeczkę się ostatnio pogubiłam w idei mojego własnego bloga. Kilka dni temu przeglądałam sobie moje pierwsze posty z 2013 roku i nie wierzę, że aż tak bardzo odbiegłam od pierwotnego pomysłu na pisanie. Chyba czas wyprowadzić mojego bloga na właściwe, swojskie tory. Zaczął się maj, mój ukochany miesiąc, pełen kwiatków i świeżej zieleni... Wszystko pięknie, ładnie, ale co z tą pogodą? Jest dokładnie taka sama jak dwa lata temu, kiedy zaczynałam moją przygodę w blogowym świecie. Planowaliśmy grilla, a wyszły udka z pieca, bo deszcz za oknem siąpi i siąpi, końca nie widać. Na szczęście grill był wczoraj, były pyszne steki w maminej marynacie, kiełbaski, kaszanka, sałatka ze świeżych warzyw i robiony przeze mnie sos czosnkowo - bazyliowy. Palce lizać! Nie ważne, że pogoda była o tyle lepsza, że nie padało... Troszkę posiedzieliśmy przy ognisku i ku mojej rozpaczy wraz ze zbliżającym się majem zaczęły pojawiać się komary. A więc prawdziwe letnie dni uważam za otwarte... Hi, hi...

No a dziś długo, długo wylegiwałam się przy otwartym oknie z książką, owinięta w gruby koc i słuchając jak krople deszczu obijają się o szybę, co chwilę biegając do kuchni po kawkę czy herbatkę. Lubię takie leniwe poranko - popołudnia... Oj lubię! A jak już się wyleżałam, aż kości bolały, zabrałyśmy się z mamą za małe porządki, bo my wciąż jesteśmy w trakcie remontu. W tej kwestii też jakoś tak końca nie widać, ciągle wymyślamy coś nowego, więc praca wre. A po pracy przyszedł czas na pyszną kawkę i kawałek równie, a nawet bardziej pysznego ciasta z nowego przepisu, bodajże z jakiegoś magazynu wnętrzarskiego, ale nie pytajcie którego, bo sam przepis w zeszycie mamy też już swoje odczekał. A mowa o bardzo dobrym cieście z rabarbarem i budyniem waniliowym w formie rolady. Mówię Wam niebo w gębie... Macie ochotę na kawałek? Niżej zostawię przepis.


 
 
 Rolada z rabarbarem i budyniem

6 jajek
3/4 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki
1/4 szklanki kakao
pół łyżeczki proszku do pieczenia
500 g rabarbaru
1 budyń waniliowy
1,5 szklanki mleka
opcjonalnie cukier puder do posypania

Rabarbar obierz i pokrój na 5cm paski. Dużą blachę wyłóż papierem do pieczenia i poukładaj rabarbar. Białka oddziel od żółtek i ubij, dodając stopniowo cukier, a następnie żółtka. Wymieszaj przesianą mąkę z kakao i proszkiem do pieczenia. Suche składniki powoli wsypywać do ubitych jajek i delikatnie zamieszać. Masę wlej na rabarbar i piecz 30 min w 180 stopniach.

Zagotuj szklankę mleka, resztę wymieszaj z budyniem i zagotuj. Upieczony biszkopt wyłóż na rozłożoną, opruszoną cukrem ścierkę, tak aby na wierzchu był papier do pieczenia. Papier delikatnie odklej od warstwy rabarbaru. Ciasto posmaruj ciepłym budyniem od strony rabarbaru i zwiń. Wstaw do lodówki co najmniej na dwie godziny, przed podaniem oprósz cukrem pudrem.

Smacznego!






 
Mam nadzieję, że kiedyś spróbujecie, bo naprawdę warto. Dodam jeszcze, że im dłużej jest w lodówce, tym lepiej smakuje... Jeszcze lepiej na drugi dzień. Ciasto warte zachodu. Zniknęło w mgnieniu oka, a takie łatwe w wykonaniu.

Ciekawa jestem jaka pogoda była dziś u Was, czy udało się zrealizować zamierzone plany na majówkę. Wiem, że nie cała Polska była w deszczu kąpana...

Ja na szczęście mam w zanadrzu kilka słonecznych zdjęć, aby umilić sobie i Wam pierwsze dni maja. A jakby ktoś z Was nie widział jeszcze Doliny Chochołowskiej w krokusach, odsyłam do mojego poprzedniego posta - o tu.


Pozdrawiam!
Magda 

niedziela, 26 kwietnia 2015

Krokus do krokusa...

 
 
Witajcie!
 
Tak jak obiecałam, mam dla Was cudowną i dosyć obszerną fotorelację z mojej wiosennej wyprawy do Doliny Chochołowskiej. Jakieś dwa albo nawet trzy lata temu kiedy po raz pierwszy natknęłam się w internecie na zdjęcie polany całej w fiolecie, niemal oszalałam z zachwytu... Przysięgłam sobie, że pojadę i zobaczę to na własne oczy. Udało mi się dopiero w tym roku i jestem szczęśliwa, że kolejne moje marzenie się spełniło...

Wraz z mamą wybrałyśmy się na kilka dni do Zakopanego, skąd busikiem udałyśmy się do najdłuższej doliny w polskich Tatrach. Dziesięć kilometrów wspaniałych widoków, w sąsiedztwie szumiącego górskiego potoku - bajka. Momentami na szlaku zalegało naprawdę sporo topniejącego śniegu co utrudniało wędrówkę, ale było warto...
 
 

 
"Tak to już jest w życiu, że kiedy człowiek bardzo czegoś pragnie i długo na to czeka, to wyobraża sobie, że jak już osiągnie ten cel - cały świat przewróci się do góry nogami. Kiedy w końcu ten moment przychodzi, okazuje się, że nic się nie zmieniło, wszystko jest po staremu, a radość nie jest tak ogromna. W marzeniach finał jest dużo istotniejszy. Dopiero kiedy go osiągamy, okazuje się, że w gruncie rzeczy ważniejsze jest, aby mieć cel niż żeby go osiągnąć."

Leszek Cichy

 



















 
Było wspaniale...
Mimo tego, że piękna pogoda na Podhalu nakłoniła nas do przedłużenia pobytu o dwa dni, to i tak wydawało mi się za krótko...
 
 
Pozdrawiam!
Magda