niedziela, 7 czerwca 2015

Międzyblogowy kącik czytelniczy #2

 
 
Witajcie!
 
Nadszedł czas na drugą odsłonę MKC :) Tak to już u mnie jest, że najpierw długo nic, a potem wszystko na raz :) Tym razem mam coś do powiedzenia na temat świetnej książki... Klasyk literatury amerykańskiej, książka napisana została ponad 50 lat temu... A ja podobno mam się wstydzić, że przeczytałam ją dopiero teraz. No więc, wstydzę się... Mowa o "Zabić drozda" Harper Lee, książka poruszająca ważny temat rasizmu. Temat rzeka, niezniszczalny... Niestety.
 
 
 
 
Lata trzydzieste XX wieku, małe miasteczko na południu USA. Atticus Finch, adwokat i głowa rodziny, broni młodego Murzyna oskarżonego o zgwałcenie biednej białej dziewczyny Mayelli Ewell. Prosta sprawa sądowa z powodu wszechpanującego rasizmu, urasta do rangi symbolu. W codziennej walce o równouprawnienie czarnych jak echo powraca pytanie o to, gdzie przebiegają granice ludzkiej tolerancji. Zabić drozda to wstrząsająca historia o dzieciństwie i kryzysie sumienia. Poruszająca opowieść odwołuje się do tego, co o życiu człowieka najcenniejsze: miłości, współczucia i dobroci.
 
 
Harper Lee porusza w powieści szereg tematów typowych dla akcji osadzonej w zamkniętej społeczności. Czytelnik obserwuje prowincjonalną społeczność i śledzi wydarzenia oczami córki adwokata mającej sześć, siedem a następnie osiem lat. Smyk przygląda się postępowaniom ojca oraz reszty mieszkańców Maycomb. Poznaje strukturę i moralność wspólnoty, w której żyje. Pyta, analizuje, porównuje, wyciąga wnioski. Jest obserwatorką z jednej strony niedoskonałą, bo wiele spraw jest dla niej nowych i niejasnych, a niektóre zdarzenia zna tylko z relacji innych, ale z drugiej strony dysponuje dziecięcą świeżością spojrzenia, nie jest obciążona rządzącymi światem dorosłych stereotypami; może więc zobaczyć i zrozumieć więcej niż niejeden z nich.
 
 
 
Fragment
 
"(...) - Życie jeszcze nie stępiło jego instynktu. Ale niech no tylko podrośnie, już nie będzie mu niedobrze, już nie będzie płakał. Może i takie sprawy wciąż nie będą mu się podobały, ale na pewno nie zapłacze. Zobaczycie za kilka lat.
- Nad czym nie zapłaczę, panie Raymond? - W Dillu odezwała się męska natura.
- Nad tym, jak jedni ludzie bezmyślnie gotują innym ludziom piekło na ziemi. Nad tym, jakie piekło gotują biali kolorowym, a przecież to także są ludzie.
- Atticus mówi, że oszukać kolorowego to dziesięć razy większy grzech, niż oszukać białego - wymamrotałam. - Mówi, że to najgorsze, co można zrobić."
 
 
Książka poruszająca skrajnie emocje, śmiałam się do rozpuku z naiwności i mądrości małej dziewczynki, a chwilę potem płakałam jak bóbr nad dziecięcą wrażliwością... Choć początki czytania były trudne i chciałam rzucić tę książkę w kąt, kiedy już się przedarłam przez kilka rozdziałów wspomożona opiniami i zachwytami armii youtuberów, dosłownie nie mogłam się oderwać. Jeszcze tylko jeden rozdział, tylko jeden - obiecałam sobie... :) I ktoś powiedział, że przeżywał wszystko co się dzieje w książce, wraz z małą dziewczynką o dziwnej ksywce Skaut (Smyk), która tym samym jest narratorem... To prawda! Bardzo przekonująca i wciągająca narracja.
 

 
 
Wynik wyzwania 52 książki:
"Zabić drozda" Harper Lee to siedemnasta książka, którą przeczytałam w tym roku.

18. "Saga o Ludziach Lodu. Zauroczenie" Margit Sandemo
19. "Saga o Ludziach Lodu. Polowanie na czarownice" Margit Sandemo

Teraz zabieram się za część trzecią :)
 
 
 
Pozdrawiam!
Magda
 


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Wspomnienia z dzieciństwa...

 
 
Witajcie kochani!
 
Dziś mamy Międzynarodowy Dzień Dziecka i już pierwszy dzień czerwca... To takie małe święto dla nas wszystkich, bo wszyscy w mniejszej lub większej mierze jesteśmy dziećmi. Przyznam się bez bicia, że drzemie we mnie dziecięca dusza, właściwie to mam chyba dwie, bo czasem czuję się strasznie stara... Hi, hi... :) Ale mniejsza o to. Dzieciństwo wspominam bardzo dobrze... A dziś jest wspaniała okazja, żeby sobie troszeczkę odświeżyć pamięć i przywołać kilka takich wspomnień. Na ogół byłam spokojnym dzieciakiem (do dziś mi to zostało :)), ale jak już coś głupiego przyszło do głowy to nie było zmiłuj, jak to u dzieci bywa. Przede wszystkim kiedyś każde dziecko 95% dnia spędzało na świeżym powietrzu, nie mieliśmy telefonów, komputerów, PlayStation i innych duperelów, które teraz pochłaniają czas i życie dzieci niemal całkowicie... Od dziecka mieszkam na wsi, moi dziadkowie też mieszkali na wsi, więc non stop było co robić... Dzieciństwo w latach dziewięćdziesiątych, to były wspaniałe czasy. Oj tak. Na boiskach szkolnych tłumy dzieciaków i zero nudyyyy... Co to się wyczyniało. Graliśmy w piłkę, biegaliśmy, chowaliśmy się, wisieliśmy do góry nogami na trzepaku... Graliśmy w klasy, skakaliśmy na skakance, kto dłużej wytrzyma, kto się skuje - takie maratony były świetne. Najbardziej lubiłam jednak grę w kolory i grę w gumę. Te dwie gry były świetne, ale jeszcze lepsze były podchody, dzieciaki z całej wioski zbierały się pod szkołą, dzieliliśmy się na grupy, kreda w dłoń i do boju! Co myśmy się nalatali. Pamiętam, że raz nawet graliśmy w podchody na rowerach, tak więc głowy pełne były pomysłów i urozmaiceń.
 
 
Najlepsze czasy były jednak zanim zaczęłam moją przygodę ze szkołą podstawową, właściwie większość czasu spędzałam u babci, która mieszkała w bardzo spokojnej miejscowości, daleko od samochodów, można by powiedzieć nawet od całego świata. To była prawdziwa wieś pod lasem. Babcia i dziadek mieli małe gospodarstwo i cudowny ogródek, w którym rosły miliony truskawek... Za każdym razem kiedy przyjechaliśmy w odwiedziny, a akurat był sezon na te owoce, dostawaliśmy całą miskę umytych truskawek i cukiernicę... To był najlepszy deser wszechczasów, truskawki maczane w cukrze. Mniam! Albo... Nie. Jeszcze lepsze były lody z proszku, które babcia własnoręcznie mieszała mikserem i trzeba było godzinami na nie czekać aż zrobią się twarde... Jaką ja miałam wtedy cierpliwość! Hi, hi... Opłacało się czekać, bo były to wspaniałe lody z mleka prosto od krówki. Co ja bym dała, żeby wrócić do tamtych czasów... A kiedy już były gotowe, siadaliśmy na ławce pod lipą i wcinaliśmy aż nam się uszy trzęsły! U babci wszystko było fajne, nawet wielkie pranie... Uwielbiałam prać! Bo to nie było takie zwykłe pranie, najpierw się namaczało, a potem pralka Frania "mieszała" ubrania bez końca, żeby na koniec wszystko po kolei przepuszczać przez wyżymaczkę. Uwielbiałam się taplać w wodzie... I kiedy było już po praniu na całym podwórku na sznurkach wisiały ubrania, pościel... To dopiero była zabawa, gonić się między porozwieszanym praniem...
Pamiętam, że pewnego dnia zabrali mnie, mojego brata i kuzyna na pole i to jest jedno z moich piękniejszych wspomnień gdyż jak tak teraz na to patrzę, mam wrażenie, że przez chwilę byłam w skórze mojej mamy, jakbym się znalazła w latach jej dzieciństwa... Cała nasza trójka miała zaledwie po kilka lat, dlatego też zostaliśmy usadowieni na kocyku, w cieniu pod drzewem, każdy dostał do ręki kromkę chleba z twarogiem i "kwiatkami" z masła na wierzchu, a do tego szklankę kompotu i tak sobie siedzieliśmy i obserwowaliśmy jak ludzie pracują na swoich polach. A obok nas jakaś dziewczyna na łące zbierała białą koniczynę do dużej emaliowanej miednicy, prawdopodobnie na herbatkę... Mogłabym napisać książkę o tych i innych moich wspomnieniach z domu pod lasem.
 
 
A w domu z bratem i sąsiadami bardzo często budowaliśmy namioty z dwóch stron siatki ogrodzeniowej, z koców i klamerek, my u siebie, oni u siebie i tak siedzieliśmy, aż pewnego dnia kawałek po kawałku wyłamaliśmy drut z ogrodzenia, powstała dziura jak Berlin i już mogliśmy się odwiedzać nawzajem :) Budowaliśmy "bazy" na drzewach, pod drzewami, nawet raz wykopaliśmy domek w ziemi... Ku przerażeniu rodziców. Niestety jak szybko go wykopaliśmy, tak szybko musieliśmy go zasypać...
 
 
Ah, co to były za czasy! Nikt nic nie miał, wszyscy byliśmy równi. A teraz dzieciaki mają wszystko, ale mimo to są niesamowicie ubodzy... Naprawdę jest mi ich szkoda. Bo co oni będą kiedyś wspominać?
 
 
A u nas dzisiaj pyszny tort z okazji Dnia Dziecka, którego mama pichciła od samego rana w kuchni. No bo przecież wszyscy jesteśmy dziećmi! Wspaniałego wieczoru życzę!
 
 
Pozdrawiam!
Magda
 


wtorek, 26 maja 2015

Ulicami Zakopanego na Gubałówkę...

 
 
Witajcie!
 
Jak ten czas szybciutko ucieka... To już miesiąc od momentu kiedy opuszczałyśmy progi miasta Zakopane, zostawiłyśmy pięknie ośnieżone góry za plecami... Aż trudno uwierzyć, bo ja mam wrażenie, że byłam tam wczoraj... Tyle się naoglądałyśmy, nachodziłyśmy... Tyle emocji i zachwytu przeżyłyśmy... Akumulatorki naładowane po dziś dzień. Było wspaniale! Gdzieś przeczytałam, że: "Być w Zakopanem i nie zwiedzić Gubałówki z Butorowym Wierchem to tak jak wyjechać do Paryża i nie zobaczyć Wieży Eiffla." No więc ja dzisiaj w tej sprawie :) Nie wyobrażam sobie być w Zakopanem i nie wybrać się na Gubałówkę. Piękniejsza panorama Tatr chyba nie istnieje... Bynajmniej ja nie widziałam.
 
Mieć na wyciągnięcie ręki zimę i lato jednego dnia - bezcenne. W tym samym dniu udało nam się wyjechać na pięknie ośnieżony Kasprowy Wierch, a potem na piechotę wybrałyśmy się spacerkiem ulicami Zakopanego na Gubałówkę. Pogoda była cudowna, więc trzeba było korzystać na maksa. Bardzo lubię spacerować po tym mieście, bo na piechotę można dojść wszędzie i nawet nie czuje się, że właśnie przeszło się 5 czy 6 kilometrów. Jest tyle pięknych zakamarków, drewnianych budynków, zabytków, muzeów, no i góry... Giewont widoczny wszędzie...
 
A co powiedzielibyście na piasek, palmy i widok na góry? Trochę dziwaczne połączenie, ale usiąść sobie na leżaczku, kiedy słoneczko cudownie przygrzewa i podziwiać piękne widoki - dla mnie bezcenne... Uwielbiam tam przesiadywać...
 
 








"(...) oparł się o drewniany słupek ganku, patrząc w wygwieżdżone niebo nad ciemnym masywem Giewontu. Zakopane! Przepiękny zakątek kraju, górskie ustronie przynoszące ulgę, odpoczynek, radość, jak zdrowie po chorobie."
 
Jalu Kurek "Księga Tatr"

 
"Czy danym jest człowiekowi zaznać piękna bardziej bezspornego niż góry?"
 
Jalu Kurek "Księga Tatr"



 
Piękne te nasze góry są... Oj piękne...
 
Kochani to tyle. Cieszę się, że jesteście tutaj ze mną :)
Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Witam serdecznie nowych obserwatorów!
Jesteście super!
Dzięki!
:)
 
 
Pozdrawiam!
Magda
 


piątek, 22 maja 2015

Międzyblogowy kącik czytelniczy...

 
 
Hej, hej kochani!
 
Akcja "Międzyblogowy kącik czytelniczy" trwa już od jakiegoś czasu, a ja nie dodałam jeszcze ani jednej książki, choć przeczytałam ich już od tego czasu całkiem sporo. No cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Dzisiaj będzie fantastycznie przygodowo. A to za sprawą, mojej młodszej o połowę kuzynki, która kończy właśnie podstawówkę. Taaaak... Kiedy dowiedziałam się, że w kanonie lektur szóstoklasistów figuruje "Hobbit" postanowiłam tę książkę w końcu przeczytać... Wstyd się przyznać, ale jeszcze nigdy nie czytałam żadnej książki Tolkiena, a filmy, trylogię "Władcy pierścieni" uwielbiam. Ekranizację "Hobbita" obejrzałam dopiero po przeczytaniu książki i bardzo jestem zaskoczona, że z tak małej książeczki zrobili trzy świetne filmy. 
 
Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że czekałam na odpowiednią chwilę, najpierw chciałam zebrać wszystkie tomy w domowej biblioteczce, a potem do woli się nimi delektować, ale skoro Wiktoria była tak uprzejma i udostępniła mi książkę to czemu by nie skorzystać?
 
 

A więc, pierwszą książką, którą dodam do MKC (Międzyblogowy Kącik Czytelniczy) na moim blogu jest właśnie "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J. R. R. Tolkien.

Notka z okładki książki:

Światowej sławy pisarz angielski John Ronald Reuel Tolkien (1892-1973) był profesorem filologii angielskiej na uniwersytecie w Leeds oraz profesorem literatury średniowiecznej w Oksfordzie, znawcą literatury i języka staroangielskiego, staronordyckiego, starogermańskiego oraz gockiego. Jako powieściopisarz dał się poznać dopiero w 1937 roku, publikując "Hobbita", który przyniósł mu rozgłos na całym świecie. W samej Anglii książka ta miała dziesiątki wydań. Zachęcony powodzeniem i prośbami oczarowanych czytelników, Tolkien powrócił do historii Bilbo Bagginsa, pisząc trylogię "Władca Pierścieni", kontynuację "Hobbita". Zarówno "Hobbit" jak i "Władca Pierścieni" powstały pod wpływem dobrze znanych autorowi skandynawskich mitów i staroangielskich legend, pełnych czarodziejów, smoków i przedmiotów o nadprzyrodzonej mocy. Fantastyczny, przemyślany do najdrobniejszych szczegółów świat powieści niezmiennie zachwyca kolejne pokolenia czytelników.
 
 
 
Bilbo Baggins to 50-letni mieszkaniec Shire'u. Jak wszyscy hobbici, stroni od przygód i niebezpieczeństw, i stara się prowadzić spokojny, bezpieczny żywot. Pewnego wiosennego poranka składa mu wizytę czarodziej Gandalf Szary. Proponuje on hobbitowi udział w pewnej przygodzie, nie tłumacząc, o co chodzi. Bilbo kategorycznie odmawia, mimo to jednak wieczorem czarodziej ponownie odwiedza jego dom, wraz z kompanią 13 krasnoludów pod przywództwem Thorina Dębowej Tarczy. Okazuje się, że przygoda, o której mówił Gandalf, to podróż do Ereboru w celu zabicia smoka Smauga i odzyskania skradzionych przez niego skarbów. Hobbit ostatecznie zgadza się towarzyszyć krasnoludom w ich misji, toteż kompania wyrusza z Shire'u, opuszczając tym samym bezpieczne ziemie hobbitów. Już na początku podróży czeka ich wiele niebezpieczeństw, od których wytchnienie przyniesie dopiero pobyt w dolinie Rivendell. Stamtąd kompania ruszy na spotkanie z niebezpiecznymi Górami Mglistymi.
 
 
I może cała ta idea dodania tej książki dla niektórych może wydawać się dziecinadą... Nic bardziej mylnego, dla mnie to świetna terapia antystresowa, gdyż zagłębiając się w fabułę książek przygodowo - fantastycznych zapominam o całym świecie, odprężam się i oczami wyobraźni oglądam sobie moją własną "ekranizację" w głowie... a to wymaga skupienia. Gwarantuję Wam, że książka wciągnie w swój świat czytelnika w każdym wieku. I mało tego, powiem Wam, że natłok przygód Bilbo Bagginsa, opisy krajobrazów i postaci był tak dosadny, że spokojnie dwa lub trzy rozdziały na dzień mi wystarczały... Bo przyjemności trzeba sobie umiejętnie dozować. :) Wspaniała lektura...
 
Z całą pewnością mogę stwierdzić, że Tolkien stał się jednym z moich ulubionych pisarzy i już się nie mogę doczekać kiedy sięgnę po resztę książek tego autora.
 
 

 
A oto lista książek, które już w tym roku przeczytałam biorąc udział w wyzwaniu 52 książki:

1. "Księga Tatr" Jalu Kurek
2. "Piąta fala" Rick Yancey
3. "Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr" Stanisław Witkiewicz
4. "Księgi Jakubowe" Olga Tokarczuk (niestety dla mnie nie strawne, przeczytałam ponad połowę i dałam sobie spokój)
5. "Piąta fala. Bezkresne morze" Rick Yancey
6. "Pan Lodowego Ogrodu. Tom I" Jarosław Grzędowicz
7. "Chłopcy" Jakub Ćwiek
8. "Chłopcy 2. Bangarang" Jakub Ćwiek
9. "Niezgodna" Veronica Roth
10. "Jak to się skończy" Barbara Rybałtowska
11. "Dzienniki 1945-1950" Agnieszka Osiecka
12. "Będziesz tam?" Guillaume Musso
13. "Pan Lodowego Ogrodu. Tom II" Jarosław Grzędowicz
14. "Zbuntowana" Veronica Roth
15. "Gwiazd naszych wina" John Green
16. "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J.R.R. Tolkien

To na razie tyle, ciąg dalszy nastąpi :)
Aktualnie czytam trzy plus dwie które "wiszą" od początku roku...
A to dlatego, że zazwyczaj nie mogę się doczekać aż sięgnę po jakąś inną książkę. Hi, hi...

No i oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok ślicznego nowego wydania "Sagi o Ludziach Lodu" Margit Sandemo w twardej oprawie... Tak więc, idę sobie poczytać :)



 
Pozdrawiam!
Magda
 


środa, 20 maja 2015

Stokrotka rośnie polna...

 
 
Witajcie!
 
 
Wraz z początkiem wiosny u nas w domu od jakiegoś już czasu bawimy się w zielarzy. Wiosna to "Czas oczyszczenia - odnowa i witalizacja - złotozielony czas leczenia Archanioła Rafała" (przyt. z książki "Zioła przez cały rok. Zbieranie, przechowywanie, wykorzystywanie roślin leczniczych" Adelheid Lingg). Zbieramy i przetwarzamy różniste roślinki... Oczywiście bez przesady, bo wszystkiego pozbierać się nie da. Hi, hi, hi... Jakoś tak co roku bukiet tego zielska się zmienia :) W tamtym roku zbieraliśmy lipę, miętę, rumianek, melisę, podbiał, akację i tym podobne na herbatkę. Piliśmy wodę z dodatkiem bluszczyka kurdybanka, mięty i cytryny. Z mniszka lekarskiego i bzu czarnego robiliśmy syrop... Nalewki z pigwy i tarniny. Kanapki sypaliśmy posiekanym czosnkiem niedźwiedzim... Właściwie to od wiosny do jesieni ciągle coś zbieramy i przetwarzamy, jak te chomiki... Albo wiewiórki szykując się do zimy... Uwielbiam ten czas kiedy wszystko wkoło jest takie świeże i sezon na "zbieractwo" się rozpoczyna...


"Tryskające górskie źródełka
i radosny korowód roślin
obwieszczają nadejście nowego
roku roślin"

                   
Trzeba korzystać z dobrodziejstw natury ile wlezie. W tym roku po raz pierwszy zrobiłam pyszny syrop ze stokrotki, niektórzy mówią o nim miód, bo w smaku bardzo go przypomina... Wspaniale smakuje w herbatce i owsiance, już próbowaliśmy... Do naleśników też idealnie by się nadał.
 


Syrop ze stokrotek

250g kwiatków stokrotki
1 cytryna
400g cukru
800 ml wody

Kwiatki dokładnie umyć. Wrzucić do garnka i zalać wrzątkiem. Dodać cytrynę pokrojoną w plasterki i odstawić całość na noc. Następnego dnia wymoczone stokrotki przecedzić przez płótno. Wsypać cukier i gotować na małym ogniu. Syrop ma wyraźnie zgęstnieć - gotować około godziny.
Gotowy syrop przelać do wyparzonych buteleczek lub słoiczków, zakręcić i odstawić przykryte by całkowicie wystygły.

Smacznego!


Stokrotka o sobie

Stała sobie któregoś ranka na błękitniejącym niebie błyszcząca Wenus, dostępując wyjątkowego zaszczytu. Po jednej stronie miała Słońce, po drugiej Księżyc. I wiecie, co się wtedy stało? Cała trójka objęła się radośnie i zaczęła tańczyć, zataczając małe złote kółka. Po całej ziemi rozpryskiwały się srebrzystobiałe iskry. Z każdej zaś wyrastała delikatna roślinka w złocie, bieli i zieleni i lekko się czerwieniła, kiedy rozpoznawała samą siebie.

Tak, właśnie w ten sposób się narodziłam, ja, stokrotka. Od tamtej chwili wychylam główkę z każdej zielonej łąki, otwieram kwiaty na słońce i zamykam je nocą i w deszcz, żeby marzyć o świetle księżyca. Przepełniona radością żyję wśród dzieci ziemi i przypominam im w każdym miesiącu roku, że są związane z rzeszą dzieci nieba i gwiazd. Niewinność, czystość i radość tkwią w każdej mojej komórce, dając mi delikatną, cenną moc. Bardzo chętnie obdaruję nią ciebie.




Na razie zrobiłam syrop z jednego przepisu i wyszły trzy słoiczki, teraz czekam aż stokrotki odrosną i do dzieła. Jest naprawdę smaczny, smakuje dosłownie jak miód...
A wiadomo nie od dziś, że stokrotka zdrową jest! Ma właściwości schładzające, łagodzące ból i rozkurczające, oczyszczające krew i skórę, pobudzające przemianę materii.
Jaki morał? Kochani na wiosnę opychamy i okładamy się stokrotką :)

Pozdrawiam!
Magda
 
PS: Wszystkie teksty o stokrotce pochodzą z wyżej wymienionej książki Adelheid Lingg.

środa, 13 maja 2015

Góry, góry, wszędzie góry...

 
 Witajcie!
 
  Jem właśnie ostatniego, przywiezionego z mojego ukochanego miasta w Polsce oscypka (kilka się uchowało). I myślę sobie jak by tu ująć w słowach to co przeżywałam ponad dwa tygodnie temu na Kasprowym Wierchu delektując się słoneczną pogodą i przepięknymi widokami... Po wyjściu z górnej stacji kolejki dech zaparło mi w piersiach! Oczywiście po drodze na górę mijając kolejne szczyty gór też było pięknie. Pooglądałam sobie z góry dolinki, "przeleciałam" koło grani, troszkę pokołysało... Ale i ścisnęło mi serducho kiedy w dole widziałam kolejne umierające drzewka... Z przykrością stwierdzam, że Tatrzański Park Narodowy ginie i nikt z tym nic nie robi. Niedługo będziemy wchodzić na "łyse polany". Żal, żal i jeszcze raz żal, choć chyba i tak najgorzej jest w drodze na Morskie Oko. Dlaczego po stronie słowackiej Tatr walczą z tymi szkodnikami pożerającymi drzewa na wszystkie sposoby, a u nas nie kiwną palcem, bo to Park Narodowy? A skoro tak się upierają, że nie można ingerować w sprawy natury to dlaczego usuwają przewalone przez wiatr halny drzewa? Niech się zdecydują, bo niebawem nie będą mieli czego usuwać... Strasznie mnie to drażni, bo ilekroć wybieram się na tatrzańskie szlaki, sprawa wygląda coraz gorzej... Przykre. Lecz wróćmy do tych widoków, którymi się zachwycałam. Kiedy wyszłam ze stacji, pierwsze co, oślepiło mnie słońce, które odbijając światło od śniegu raziło po oczach, aż łzy ciurkiem płynęły. Potem zobaczyłam działający wyciąg i tłumy narciarzy i snowboardzistów, którzy wyczyniali takie rzeczy, że odechciało mi się nauki jazdy na nartach. A na samym końcu dostrzegłam pierwszy, cudownie ośnieżony szczyt góry. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z takimi widokami, nie licząc telewizji oczywiście. To co zobaczyłam było piękne, miałam wrażenie jakbym wraz z tymi wszystkimi ludźmi znalazła się na końcu świata. Wszędzie wkoło, jak okiem sięgnąć górskie szczyty w białej pierzynce. I nic nie było ważne, tylko góry... Po jakimś czasie dopiero w oddali, niziutko dostrzegłam Zakopane. Na Kasprowym Wierchu byłyśmy z mamą półtorej godziny, a ja po piętnastu minutach miałam tak opaloną buzię, że przez resztę czasu starałam się stać tyłem do słońca bo bałam się, że mi bąble na twarzy urosną. Skóra zeszła mi dzień później, ekspres... Co zrobić, hi, hi... Do końca pobytu w Zakopanem starałam się unikać kontaktu ze słoneczkiem, co marnie mi wychodziło, chodzenia było sporo, jeszcze Wam poopowiadam... A tymczasem pokażę Wam czym się zachwycałam.













Aha, zapomniałam Wam wspomnieć w poście o krokusach. Jak zawędrujecie kiedykolwiek do Doliny Chochołowskiej i zatrzymacie się na chwilkę w schronisku, spróbujcie szarlotki po chochołowsku, z jagodami i bitą śmietaną. Polecam gorąco, nie pożałujecie... To moje najnowsze odkrycie i powiem Wam, że to najlepsza szarlotka jaką w życiu jadłam...


Pozdrawiam!
Magda 
 


wtorek, 5 maja 2015

Muszę, bo się uduszę...

 
 
Witajcie!
 
 Moi drodzy chciałam Wam coś pokazać, po prostu muszę, bo się uduszę... I tyle. No więc tak, będzie to post iście kwiatowy, wiosenny, słoneczny i przyjemny. Yhm. Znowu kwiatki, ale jakie... Kiedy wróciłyśmy z mamą z Zakopanego, biegiem niemal wyrywając furtkę do ogrodu z zawiasów poleciałyśmy zobaczyć jak po sześciu dniach naszej nieobecności wygląda ogród. I stanęłyśmy jak wryte. Kochani miałam łzy w oczach jak to zobaczyłam, bo ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak pięknych tulipanów, w dodatku na tle ślicznie kwitnącej magnolii. Przez dłuższą chwilę nic innego nie widziałam, nic nie słyszałam, stałam i się gapiłam. Dopiero potem zauważyłam, że wszystko wkoło ładnie się zazieleniło i dotarło do mnie jak cudnie, na szczycie modrzewia swoje pieśni wygłasza kos. Wszędzie pięknie, ale w domu najlepiej pomyślałam sobie i pognałam po aparat. A oto efekt mojego uwieczniania piękna przez duże P na fotografiach. Jeszcze zanim przejdę do zdjęć wtrącę, że cebulki owych tulipanów przywiozłyśmy z Holandii, z miejsca w którym pracowałyśmy latem w tamtym roku. A druga sprawa, wyobraźcie sobie, że przygotował je dla nas bardzo doświadczony holender i nie jest to przypadkowa mieszanina...
 
 












 
No chyba jednak z tym słonecznie troszkę przesadziłam... Wcale tego dnia słonecznie nie było co zresztą widać na zdjęciach - brak światła. Trudno... W rzeczywistości tulipanki były jeszcze ładniejsze.
 
Korzystając ze sposobności, chciałabym powitać moje nowe obserwatorki! Cieszę się, że jesteście. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na długo...

No to lecę malować ściany :) Pa!
 
Pozdrawiam!
Magda