28 lutego

Czapki z głów...

Czapki z głów...


Nie wiem co jest z tym czasem, ale ni stąd ni zowąd mamy koniec lutego... Kiedy to tak uciekło? Można zgłupieć. Podobnie jak z najsłynniejszą złoto-białą sukienką świata, która okazała się niebiesko-czarna. Niewiarygodne! Kiedy w telewizji pokazała ją sama projektantka, wyraźnie było widać, że jest w mocnych kolorach, niebieskim i czarnym... To dlaczego na zdjęciu była biało-złota? Hmm... Dziwne!
 
A ostatni dzień lutego U matiny urodzinowo i bardzo emocjonalnie. Tak, tak... W lutym zdążył urodzić się mój brat, no więc nasi skoczkowie zrobili mu świetny prezent, obronili brązowy medal Mistrzostw Świata! Gratulacje dla chłopaków! Czapki z głów! Yeah, cóż to były za emocje, tym bardziej że naprawdę niewiele brakowało, a byłoby srebro. Minimalna strata punktowa do Austrii... No dobra, już nie będę dłużej wałkować tematu, bo mogłabym tak bez końca i niektórzy padli by z nudów :) Oj, ale ja się tak bardzo cieszę! Hurra! Dwa medale na Mistrzostwach Świata w Narciarstwie Klasycznym cieszą, choć mogło być lepiej. Wielkie brawa dla Justyny i Sylwii za brąz w sprincie drużynowym stylem dowolnym, łezka się w oku kręci, bo to najlepszy wynik w historii! No to chyba Was właśnie zanudziłam na śmierć :) Hi, hi....
 
Skoro jesteśmy przy sportach zimowych to jeszcze słów kilka o mojej nieszczęsnej przygodzie na lodzie. Po wizycie u ortopedy ręka w dalszym ciągu usztywniona, z tą różnicą, że szynę gipsową zastąpiono stabilizatorem. Wyglądam jak terminator :) Nie podzielam opinii lekarza, bo nadgarstek wciąż mocno boli i takie rozwiązanie nie bardzo się sprawdza... W nocy obudziłam się z takim bólem, że z łóżka wyskoczyłam na równe nogi... Ciekawe długo to będzie trwało... Już dawno mi to zbrzydło!
 
A jeżeli o zimę chodzi... Coś słabo to wygląda. Nawet bardzo słabo. Niedługo pierwszy dzień wiosny, a zimy jak nie było tak nie ma. Czyżby miała przyjść znowu na Wielkanoc? :) Nie ważne, liczy się to, że mamy ją w kalendarzu. A tej zimy oszalałam na punkcie czapek :) Oczywiście z pomponami, gdyż te bez są dla mnie mało atrakcyjne. Niestety nie miałam zbyt dużego pola do popisu jeżeli chodzi o kolory... A szkoda. Było kilka modelów, które z chęcią bym przygarnęła. Z pomocą przyszła jak zwykle, niezawodna mama. Migiem wydziergała na drutach kilka sztuk :) O proszę jakie ładne... Uwielbiam ten wzór w warkocze!
 
 
 
 
 
  
To tyle na ten ostatni dzień miesiąca.
Dobrej nocy życzę!

 
Pozdrawiam!
Magda
 


22 lutego

Wiejsko i sielsko...

Wiejsko i sielsko...


Myślałam sobie, że ze względu na moją chorą łapkę zrobię sobie małą przerwę od pisania postów na blogu. Zmieniłam zdanie, bo po pierwsze coś robić muszę, cokolwiek, bo umrę z nudów... Po drugie w głowie mi się kotłują pomysły na kolejne posty, a po trzecie, chyba się uzależniłam, bo nie wyobrażam sobie dnia bez zajrzenia do blogowego świata :) Choćbym miała pisać jeden post pół dnia albo i kilka dni to i tak będę pisała, nawet gdybym miała robić to nosem. Na początku naiwnie pomyślałam sobie: 'Faaaajnie, NIC NIE BĘDĘ MUSIAŁA ROBIĆ'. Ale kiedy dotarło do mnie, że nie jest fajnie i że NIC ROBIĆ NIE UMIEM, panicznie zaczęłam szukać sobie jakiegoś zajęcia. I tak sobie chodzę z kąta w kąt i myślę co by tu robić, bo ileż można oglądać telewizję... Czytać cały czas też się nie da, bo oczy bolą. Bez sprawnej prawej ręki czuję się jak małe dziecko, takie na które cały czas się chucha żeby nie rozlało picia, żeby się nie wywróciło... No może troszkę przesadzam, ale coś w tym niestety jednak jest.
 
Dzisiaj pół dnia przesiedziałam z mamą w kuchni. Napaliłyśmy sobie w piecu, piłyśmy kawkę i sobie rozmawiałyśmy o tym i owym...  I jakoś tak zeszłyśmy na temat krówek :) Wczoraj wieczorem przeczytałam artykuł "Dolina ciszy i pogody" w kwartalniku 'TATRY' wydawanym przez Tatrzański Park Narodowy. I w związku z tym właśnie krótkim artykulikiem wywiązała się nie mała dyskusja, a i sporo wspomnień... A sam tekst traktował o Jaworzynce, dolince w Tatrach gdzie kilka rodzin dawniej wypasało owce i krowy, mieszkając całymi miesiącami w szałasach. W artykule opisane są cudowne wspomnienia dwóch pań, obie kiedy były małe pilnowały zwierząt w dolinie...
 
 
via Pinterest
 
Mama opowiadała mi jak to ona chodziła w wieku dziesięciu czy jedenastu lat z dwiema krowami na pastwisko. Trudno mi sobie to wyobrazić, gdyż mama jest drobniutka teraz, co dopiero w dzieciństwie. Moja szalona wizja rozbawiła mnie do łez :) Lecz mus to mus, chciała czy nie, iść musiała. Babcia zawsze pakowała jej do torby jabłka, ziemniaki, chleb ze smalcem i kiszony ogórek. Czasem kiełbasę. Kiedy mała Krystynka zgłodniała, rozpalała ognisko i piekła ziemniaki albo jabłka na patyku, w międzyczasie odrabiała lekcje albo czytała książki, a krówki wcinały świeżą trawkę... Niestety nie zawsze było tak kolorowo, bo kiedy krowy szły na tą samą łąkę, to właściwie one prowadziły mamę, gorzej było kiedy miały pójść na inną... Nie raz po prostu uciekły i mama zrezygnowana wracała z płaczem do domu, wtedy dziadek wsiadał na rower i jechał szukać swoich zwierząt. Oczywiście zawsze je przyprowadzał. Sprawa stawała się prostsza kiedy posypało się trawkę odrobiną soli, wtedy na bank 'panienki' na krok się nie ruszały od swojej pani :) Czasem kiedy mama wracała pod wieczór z krowami, przynosiła do domu całą torbę pieczarek. Weselej było gdy na łąki ze swoimi zwierzętami chodziło więcej osób, wtedy zabawa była przednia. Grało się w piłkę, w 'Dwa ognie' albo wspinało się na drzewa... :)
 
 
via Pinterest
 
Oj, chciałabym choć na chwilę móc się przenieść do tamtych lat i przekonać się na własnej skórze jak to wszystko wyglądało... Chociaż, ja też mam wspomnienie z potomkinią krówki z którą mama chodziła na spacery :) To było dawno temu, jakieś 20 lat minęło. Pewnego letniego wieczoru razem z tatą i dziadkiem poszłam wydoić krowę, a chwilę potem siedziałam na jej grzbiecie i wszystko było super do czasu kiedy panowie postanowili zrobić mi kawał. Udawali, że o mnie zapomnieli, zgasili światło, zamknęli drzwi a ja osłupiała siedziałam na wielkiej krowie... Oczywiście trwało to kilkanaście sekund, bo nie zdążyłam nawet krzyknąć a po mnie wrócili... Tak, tak wspomnienie krowy jakoś musiało mi się wyryć w pamięci na długie lata, hi, hi... :)
 
 
via Pinterest
 
No to sobie powspominałyśmy...
To był naprawdę miły dzień.
Pozostało cieszyć się wieczorem.
Trzymajcie się!
 
Pozdrawiam!
Magda


16 lutego

Przymusowa przerwa...

Przymusowa przerwa...
 
 
Wpadam do Was dzisiaj na krótką chwilkę. Narozrabiałam strasznie... Zostałam uziemiona i to dosłownie. W sobotę rano wybrałam się z ciocią i dzieciakami na łyżwy. Po piętnastu minutach straciłam równowagę i wyrżnęłam takiego orła, że aż wstyd mi o tym myśleć...
A że po dawnych szaleństwach na łyżworolkach, mam pewne doświadczenia z obitą kością ogonową tym razem chroniąc swoje tyły upadłam z całym impetem na rękę! W dodatku prawą... Co skończyło się założeniem szyny. Ręka potwornie obita i boli jak diabli. Jestem załamana, nic nie potrafię zrobić sama. A napisanie czegokolwiek zajmuje mi całe wieki...
Wpadam tu na chwilkę, żeby się usprawiedliwić. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zaczął się martwić moją dłuższą nieobecnością :)
 
 
To ja sobie odpocznę, a Wam życzę wspaniałego wieczoru!

 
Pozdrawiam!

Magda


12 lutego

Pączki górą...

Pączki górą...


Dziś tłusty czwartek! Dzień w którym można się objadać pączkami do woli... Jak kto woli :) Nie liczmy kalorii kochani, dajmy się ponieść. Jak tu nie zjeść pączka kiedy mama od samego rana koczowała zamknięta w kuchni, żeby ciasto na pączki rosło. W kuchni jak w saunie, mama ledwo żywa, a pączki sobie rosły i rosły... W międzyczasie trwała produkcja nadzienia, w tym roku wielo-wielo-owocowe! Powstało z połączenia marmolady wieloowocowej ze sklepu, a do tego dżem śliwkowy i jabłkowy własnej produkcji. Było pysznie! Ostatnio lubimy eksperymenty. Zresztą przepis też całkiem nowy. To było naprawdę miłe zaskoczenie smakowe. Mmmm.... cóż to była za uczta...
 
 
Podzielę się przepisem, bo pączki były naprawdę wyśmienite!
 
PĄCZKI OD PANA RĄCZKI
troszkę zmodyfikowane
 
Składniki:
  • 1 kg mąki
  • pół kostki masła
  • 0,5 l mleka
  • 7 żółtek
  • 2 cukry wanilinowe
  • kostka drożdży
  • 4 łyżki cukru
  • skórka z cytryny
  • szczypta soli
  • smalec
  • olej
Drożdże pokruszyć do rondelka, dodać łyżkę cukru, łyżkę mąki i trochę mleka. Pozostawić w ciepłym miejscu aż drożdże podwoją swoją objętość. Żółtka utrzeć z trzema łyżkami cukru. Kiedy drożdże urosną wszystkie składniki dobrze wymieszać i na końcu dodać roztopione masło. Ciasto pozostawić do wyrośnięcia. Gdy podwoi swoją objętość wyłożyć na oprószoną mąką stolnicę i jeszcze raz zagnieść. Znowu pozostawić do wyrośnięcia. Ciasto podzielić na pół. Najpierw jedną a potem drugą połowę rozwałkować na grubość 1,5 cm i wykrawać szklanką krążki. Krążki ułożyć na oprószoną mąką ściereczkę i ponownie poczekać aż urosną. Takie wyrośnięte krążki smażymy na oleju ze smalcem (pół na pół). Po usmażeniu nadziewamy i obsypujemy cukrem pudrem.
 
Smacznego!
 
 
 

 
 
 

 
I to tyle moi drodzy! Zachęcam do wypróbowania przepisu przy najbliższej okazji :) Wspaniałego wieczoru życzę!

 
Pozdrawiam!
Magda


11 lutego

Miłość od pierwszego wejrzenia...

Miłość od pierwszego wejrzenia...


Tak jak podejrzewałam ten tydzień nie jest dla mnie łaskawy. Wręcz przeciwnie, oskubuje mnie z całych pokładów spokoju jakie kiedykolwiek posiadałam. Chodzący kłębek nerwów ze mnie... Lepiej się nie odzywać. I to nie tylko u mnie takie poszarpane nerwy, pod naszym dachem jest kumulacja. Można zwariować. Mam nadzieję, że to już nie potrwa długo i wszystko pójdzie jak po maśle...
 
Dobra! Dość tej wylewności, bo ja chciałam dziś o czymś zupełnie innym. Przyjemnym! Chociaż, tak właściwie to mogłabym narzekać bez końca, ha, ha... Jaki ja mam dziwaczny tydzień. Wyobraźcie sobie, że udało mi się w tym tygodniu zakochać od pierwszego wejrzenia! Hmm... Powiało romantyzmem :) A mi chodzi o torebkę, ha, ha... Przebojów ciąg dalszy. Dziesiąty dzień lutego obfitował w dziwne przygody. Najpierw miałam okazję porównać usługi tej samej pani stomatolog podczas wizyty prywatnej i na NFZ. Wczoraj akurat padło na tą drugą i po wyjściu z gabinetu klęłam na wszystko, na czym ziemia stoi! Niebo a ziemia. Nigdy więcej, wolę jeść suchy chleb i wydać pieniądze na leczenie zębów. W nagrodę za wytrwałość wybrałam się z mamą do centrum handlowego zrealizować mój świąteczny prezent w Rossmanie. Kupiłam kilka rzeczy polecanych przez Vlogerki. Teraz sobie potestuję to i owo :) A potem mimochodem trafiłyśmy do CCC. I tu się zakochałam i zawiodłam w kilka minut. Wpadła mi w oko przepiękna, ażurkowa torebeczka. Idealna! Oszalałam z radości kiedy zobaczyłam obok wielgachną tabliczkę -50%. Obejrzałam ją sobie z każdej strony, w środku, przymierzyłam. No po prostu piękna! Nie wiem czemu kojarzyła mi się ze stylem góralskim :) Wzięłam ją i uradowana poszłam do kasy, a tam pani oznajmia mi, że torebki nie są na przecenie, promocja obejmuje buty! Buuu... Wryło mnie w ziemię! Pierwsza myśl kupuję, nie ważne! Druga myśl, nie stać mnie chwilowo na torebkę za 90 zł. I nie kupiłam. Nie kupiłam i żałuję! Żałuję okropnie... I wciąż walczę z myślami. Kupić czy poczekać...
 
 
Na zdjęciu nie jest taka piękna, bo wiadomo jakie jest światło w takich sklepach... No i nie mogę się na nią napatrzeć w dalszym ciągu. Coś czuję, że po nią wrócę! Tymczasem popełniłam dzisiaj kolejny grzeszek, też torebkowy... Ale tańszy, udało mi się wytargować cenę z 40 zł na 30 zł, zawsze to coś! Otóż kilka dni temu, kiedy sobie grzebałam w czeluściach Allegro w poszukiwaniu, a jakże - czegoś "góralskiego" trafiłam na śliczną torebeczkę. Podobno skórzana, tak też wygląda na pierwszy rzut oka. No i nie jest pierwszej młodości, ale dzięki temu wygląda wspaniale. A cena jak marzenie!
 
 
 

 
Czekam na nią, czekam... Chcę ją zobaczyć na żywo! Mam nadzieję, że nie zawiodę się ponownie...
To tyle kochani. Życzę Wam wspaniałego wieczoru i kolejnych dni pełnych przygód!
 
Pozdrawiam!
Magda


08 lutego

O tym i owym...

O tym i owym...
Zimaaaa! W końcu przyszła zima, pytanie na jak długo. Sypało rano, potem temperatura troszkę urosła i biały puch miejscami zaczął się poddawać. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, kilka godzin temu znowu zaczęło sypać... I to jak? Myślałam, że to mgła. Z ciekawości podeszłam do okna by sprawdzić co się dzieje, a tam ku mojemu zdziwieniu prawdziwa zamieć śnieżna. Sypie i to grubo, a wiatr hula na prawo i lewo unosząc opadłe już tumany śniegu w powietrze. Ciekawy widok, chciałam nagrać żeby Wam pokazać, ale nie mam odpowiedniego sprzętu i słabo to wyszło. No cóż... Uwielbiam zimę pod warunkiem, że jest śnieżno i mroźno! Takie powietrze dodaje mi energii, aż chce się skakać z radości. Idealnie na spacery, czy raczej marsze, gdyż jak jest zimno chodzę bardzo szybko. Fenomenem tutaj jest to, że się nie męczę, nie mam zadyszki! Ha, ha, ha... Wręcz przeciwnie, czuję się wspaniale. Tylko współmaszerujący trochę marudzą. :)
 
Ostatnimi czasy czuję się przysypana i nie mówię o śniegu, bo ten może sobie lecieć ile fabryka da. Kompletnie zasypały nas sprawy związane z tatą... To taki niekończący się bieg po urzędach, sądach, bankach, itp. Wysiadam, coś czuję, że na ostatniej prostej się wyłożę. Czy to wszystko musi być aż tak skomplikowane? I czy te wszystkie pisma nie mogłyby być napisane prostszym językiem? Czasem czytam dziesięć razy jedno zdanie i wciąż mam wątpliwości czy wiem o co chodzi. Założę się, że jak poszłabym zapytać osobę która stoi za sporządzeniem takiego pisma, sama nie potrafiłaby mi wytłumaczyć czego chcą! I gdzie tu logika? Niech to się już skończy.
 
Zbliżający się tydzień będzie straszny. Mamy kumulację spraw do pozałatwiania, mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko.
 
Mam takie zaległości blogowe, że aż mi wstyd! Naprawdę jest mi wstyd! I szczerze przepraszam za wszelaką zwłokę. Po prostu nie potrafię się zorganizować. Nie mogę się doczekać aż wszystko wróci do normy...
 
Jedyną odskocznią od nerwów związanych z czytaniem i wypisywaniem dokumentów jest CZYTANIE książek. Jedyna rzecz która póki co sprawia mi radość! I jak na ironię to właśnie w sprawie książek i zabawy mam najwięcej zaległości! Wstyd! Kochane proszę o jeszcze chwilkę cierpliwości.
 
No to uciekam do lektury, dziś padło na "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza. Skoro wszyscy się zachwycają tymi czterema tomiszczami to trzeba sprawdzić co w trawie piszczy i przyznam, że czyta się świetnie. Wciąga, a to w czytaniu jest najlepsze! :)
 
 
A w kolejce inne dzieła polskich autorów, wszystko sprawdzone, gorąco polecane. Wypad do biblioteki udany, zobaczmy czemu te książki mają taką siłę przebicia i takie a nie inne oceny...
 

 
Żegnam się i ściskam Was w ten zimowy wieczór.
Dużo ciepełka i przyjemności!
 
Pozdrawiam!
Magda
 

Copyright © 2016 U matiny , Blogger