21 czerwca

Recenza książki: "Władczyni rzek" Philippa Gregory

Recenza książki: "Władczyni rzek" Philippa Gregory

Philippa Gregory, lepszej przewodniczki po historii Anglii nie mogłam sobie wymarzyć, choć w większej mierze powieści tej pani przeplatają się z fikcją literacką, nigdy, przenigdy nikt aż w takim stopniu nie zainteresował mnie HISTORIĄ. No, bo przecież kobiety o których pisze autorka są prawdziwe, to kobiety z krwi i kości. Ważne osobistości na królewskim dworze. Moja przygoda z Philippą zaczęła się kilka lat temu i niestety trochę niefortunnie z uwagi na to, że pierwszą powieścią była "Czerwona królowa", trzeci tom (lub też drugi, do dziś nie umiem się połapać, czy "Władczyni rzek" to tom pierwszy czy też trzeci, ale mniejsza z tym) cyklu Wojny Dwu Róż. Wtedy książka nie za bardzo przypadła mi do gustu, gdyż najprościej na świecie nie miałam bladego pojęcia kto jest kim, więc na długi czas dałam sobie spokój z lekturą następnej, a właściwie pierwszej części cyklu. Dopiero kiedy dowiedziałam się, że powstał mini serial, który oczywiście musiałam obejrzeć, na powrót przekonałam się do książek i  naszła mnie ogromna ochota na lekturę. Nie żałuję! 

W pierwszym tomie Wojny Dwu Róż poznajemy Jakobinę Luksemburską, kobietę silną, opanowaną i niesamowicie ciepłą. W dodatku: "Jakobina - wywodząca się według rodzinnej legendy od Meluzyny, wodnej boginki - już w dzieciństwie odkrywa swój dar jasnowidzenia. Gdy we wczesnej młodości spotyka Joannę d'Arc oskarżoną o uprawianie czarów, dostrzega w niej odbicie własnej mocy. Wtedy pojmuje, że kobieta może decydować o swoim losie, ale przeczuwa także, jak niebezpieczne mogą być marzenia. Po śmierci męża, księcia Bedfordu, który zapoznał ją z tajnikami nauki i alchemii, Jakobina ponownie wychodzi za mąż, nie czekając na królewską zgodę. Małżonkowie udają się do Anglii, by służyć na dworze królowej Małgorzaty Andegaweńskiej. Jakobina szybko zyskuje zaufanie i przyjaźń młodej monarchini. Jednak rozpoczynająca się rywalizacja Lancasterów i Yorków zagraża najbliższej rodzinie Jakobiny. Niepokojona proroczymi wizjami, nie cofnie się przed niczym, by zapewnić przyszłość swojej córce Elżbiecie."

Tak prezentuje się opis na tylnej okładce książki, który mnie osobiście bardzo zainteresował. Już oglądając serial, bardzo polubiłam tę postać. Jakobina to wspaniała kobieta, myślę że gdybym miała ją okazję spotkać, dążyłabym do tego aby zyskać jej zaufanie i przyjaźń. Dzięki niej cała powieść jest ciepła, aż chce się czytać i czytać i aż szkoda, że tak szybko się skończyła. A co podobało mi się w książce, poza główną bohaterką oczywiście. Po pierwsze zgrabnie wpleciony wątek Joanny d'Arc, dzięki temu aż rwę się do tego by zagłębić się w lekturę jakiejkolwiek książki przedstawiającej dokładniej jej losy. Po drugie - magia, bardzo lubię czytać książki fantastyczne, a jeszcze lepiej kiedy są to książki historyczne z nutką czegoś magicznego, tajemniczego. Dlatego mocno zaintrygowała mnie wodna boginka - Meluzyna oraz skłonność do nadprzyrodzonych mocy Jakobiny. A po trzecie barwne opisy! Uwielbiam piękne i nawet przydługawe opisy.  Jeżeli taki opis wystarczająco pobudza moją wyobraźnię to może trwać i trwać nawet przez sto stron. Oto jeden z fragmentów:

"W ogrodach, które rozciągają się od budowli aż po brzeg rzeki, dominuje biało-różowe kwiecie czereśni, które na słabym wietrze wiruje wokół spacerujących dworzan niczym śnieg, wywołując zachwycone piski małego księcia usiłującego schwytać lecące ku ziemi płatki, tak że piastunka musi co rusz się pochylać i chronić go przed upadkiem, gdy chybocze się na tłustych nóżkach. Na nadrzecznych łąkach wciąż unoszą główki późne żonkile, a tarnina i głóg usiane są drobnym małym kwieciem wystającym spomiędzy cierni i listowia. Rosnące nad samą rzeką wierzby stykają się gałęziami, pochylając nad nurtem: zielone liście odbijają się w zielonej wodzie."

Jest też fragment o roślinach, które zostały porozsadzane na grządkach według znaków zodiaku, te kilka stron szczególnie zapadły mi w pamięć, ale ja przytoczę tylko mały fragmencik na rozsmakowanie:

"- Byk to znak ziemi - instruuje. - Gdy księżyc jest w znaku Byka, wpływa korzystnie na rośliny, które rosną pod ziemią. Na korzenie, takie jak biała i czerwona marchew, cebula i rzepa. Wpływa też korzystnie na niektóre zioła, między innymi na miętę, wiesiołka, wrotycz, piołun i krwawnik. Dlatego wszystkie zasadzimy w naszej grządce pod znakiem Byka."

Cóż mogę powiedzieć, według mnie książka "Władczyni rzek" jest naprawdę dobra, spełniła moje oczekiwania. Jestem pod ogromnym wrażeniem wiedzy i wyobraźni autorki, mam nadzieję, że ona nigdy nie przestanie pisać! Przy okazji serdecznie polecam serial "Biała królowa" z Rebeccą Ferguson w roli głównej, zresztą cała obsada jest świetna.


Philippa Gregory "Władczyni rzek"
Ilość stron: 543
Wyd. Książnica
Ocena: 10/10

Pozdrawiam!
Magda




07 czerwca

Mamy święto w plenerze...

Mamy święto w plenerze...


Wiem, że temat tego posta zdaje się lekko przedawniony, ale ja muszę napisać kilka słów, no bo przecież jakby inaczej. Zacznę od tego, że "Mama to przyjaciel, z którego się nigdy nie wyrasta". Na takie zdanie natknęłam się w otchłani internetów kilkadziesiąt minut temu. Nie mam pojęcia czyje to słowa, ale są najprawdziwszą prawdą. Moja mama jest dla mnie najważniejsza na całym świecie i to się nie zmieni nigdy. A święto mamy w tym roku spędziliśmy naprawdę miło. Najpierw troszkę poleniuchowaliśmy, telewizja, książka i te sprawy. Do tego kawka i deser lodowy z borówkami i bitą śmietaną. Raz po raz komuś zamykały się oczy... W końcu zapadła decyzja - jedziemy do lasu! No i pojechaliśmy, zapakowaliśmy wcześniej upieczoną pyszną roladę z rabarbarem i budyniem, wzięliśmy aparat i w nogi. Pogoda może nie była zbyt piękna, zachmurzenie spore, ale kiedy wjechaliśmy do lasu i poczuliśmy zapach niedźwiedziego czosnku byliśmy wniebowzięci. W tym momencie mogło nawet zacząć padać, a co tam. Widok przepiękny! Cały las w zielonym poszyciu liści, z białymi, niestety już zasychającymi kwiatkami. My jednak minęliśmy las i zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę na ładnie ukwieconej łące. Usiedliśmy, zjedliśmy ciasto i napawaliśmy się melodią i zapachem przyrody. Gdzieś w koronach drzew kukała sobie kukułeczka raz po raz zagadując "ku ku, ku ku...". Na co my życzliwie odpowiadaliśmy "ku ku, ku ku...", ku zdziwieniu ptaszyny. Po drugiej stronie drogi rzeka Odra, po której od czasu do czasu płynęła barka lub motorówka po czym fale wody kojąco dobijały do brzegów. Uwielbiam dźwięk chlupoczącej wody! I tak trwaliśmy chwilę w błogim bezruchu po czym ruszyliśmy nazbierać kwiatów dla mamy, no i przy okazji bukiet dla taty.







Kiedy mama zadowolona otrzymała swój ogromny bukiet i sesja zdjęciowa dobiegła końca, wybraliśmy się na spacer po lesie... Las jest piękny o każdej porze roku, lecz najpiękniej jest pod koniec maja, kiedy wszystko w koło jest mega zielone, od samego dołu aż po korony drzew. Istne święto zieleni! PS: Zwróćcie uwagę na jedno z drzew. Wygląda jakby uczepił się na nim miś koala :)




A będąc w lesie, nie mogliśmy się oprzeć pokusie żeby pójść kawałek dalej na brzeg rzeki. Przedzierając się przez dżunglę zieleni napotkaliśmy parę ślimaczków winniczków i całe armie wściekłych komarów. Tak więc ruszyliśmy biegiem nad wodę, chwilę podziwialiśmy uroki natury, przyuważyliśmy czaplę w locie, narwaliśmy troszkę tej bujnej trawy dla naszych królisiów i uciekaliśmy ze strachu, że za chwilę pozbędziemy się całej krwi z żył :) Eh te komary, świat bez nich byłby o wiele piękniejszy!




Dzień naszej mamy spędziliśmy naprawdę miło, rodzinnie, na łonie natury... Tak jak dawnej, tylko taty brakuje... Kochani cieszę się, że czasem tu jeszcze zaglądacie. Jest mi bardzo miło. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę pięknego, słonecznego wtorku. Korzystajcie z letnich dni najlepiej jak potraficie! Ja zaraz wsiadam na rower i jadę przed siebie ciesząc się dniem wolnym od pracy.

Pozdrawiam! 
Magda


Copyright © 2016 U matiny , Blogger