29 lutego

Z tęsknoty za szydełkiem...

Z tęsknoty za szydełkiem...


Dwudziesty dziewiąty dzień lutego, to podobno dzień po stokroć bardziej pechowy niż piątek trzynastego... Ale ja tam w takie bzdety nie wierzę. Co prawda w roku przestępnym zarówno cztery lata temu jak i teraz mamy w domu trochę pod górkę, lecz nie będę się na takie tematy dziś rozwodzić. Może to wynika z czegoś zupełnie innego.

Na przekór całemu światu, korzystając z dnia wolnego robię rzeczy na które akurat dziś mam ochotę. A jak! Poranek celebrowałam tak jak zawsze kiedy jest do tego okazja, ledwo co się przebudziłam, zaparzyłam kawkę i fik z powrotem pod kołdrę, bo to przecież jedno z najlepszych miejsc do lektury. Na tapecie wciąż "Droga Północna. Ja jestem Halderd" Elżbiety Cherezińskiej, już prawie kończę i mogę powiedzieć o niej na razie tylko tyle, że jest jeszcze lepsza od tomu pierwszego. Naprawdę! I chyba już nie mogę doczekać się kiedy w moje ręce wpadnie tom trzeci! Ah te książki, człowiek powoli nic innego by nie robił tylko czytał i czytał, a są też inne obowiązki...


Ostatnio zatęskniłam również za szydełkiem... Oj długie było nasze rozstanie, musiałam sobie odświeżyć to i owo, żeby praca nad moją serwetką jakoś szła i wszystko miało przysłowiowe ręce i nogi. Wybrałam bardzo prościutki wzór, wygrzebany gdzieś z otchłani internetu i od razu zabrałam się do pracy. Serwetka ta ma się zmieścić w obręczy o średnicy dwadzieścia centymetrów, więc za dużo plątania przy tym nie będzie, a prezentuje się całkiem nieźle. Myślę, że pod koniec tygodnia pokażę Wam co mi z tego wyszło...



Mimo paskudnej pogody, siąpiącego deszczu wyrwałam się też na mały obchód ogrodu w towarzystwie aparatu. Wygląda mi na to, że wiosna już się rozgaszcza. Budzi do życia roślinki, zwierzęta szaleją... Po zachowaniu samych kosów widzę, że coś jest na rzeczy... Samiec późnymi popołudniami śpiewa jak szalony! I z tego co zaobserwowaliśmy możliwe, że kosy mają już młode... A nawet wiem gdzie rezydują... Niczego się nie nauczyły w zeszłym roku, znowu osiadły nad kwaterą mojego pieska Zurika. I znów będzie wyłapywanie młodocianych kursantów pierwszego lotu i przenoszenie w bezpieczne miejsce gdzie rodzice spokojnie je wychowają... Ah te nasze kosy.







Już nie mogę się doczekać kiedy ogród zarośnie zielenią! Patrząc na torebki z nasionami, mam ochotę zabrać je wszystkie i siać gdzie popadnie... Hihi... A potem kupię sobie mój wymarzony leżaczek i z niego będę podziwiała co z tego wyrośnie. Miłego tygodnia kochani!


Pozdrawiam!
Magda


25 lutego

Book haul z lutego...

Book haul z lutego...


Mój pierwszy, jawny, miesięczny stos książkowy. Powiem szczerze, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego ile książek w ciągu miesiąca trafia do mojej domowej biblioteczki. Za każdym razem jak dopadnę w księgarni lub w supermarkecie okazję, żeby taniej kupić książkę, po prostu to robię. Właściwie to książki są moim nałogiem, innych nie posiadam i to chyba nic złego, że zamiast paczki papierosów codziennie, ja kupuję często książki. Aż miło patrzeć jak powoli regały w domu zapełniają się kolejnymi egzemplarzami. Osobiście uważam, że w każdym domu powinna być choć jedna mała półeczka z książkami, obojętnie czy są to książki kucharskie, przewodniki czy powieści. Dom w którym są książki, ma bardzo bogatą duszę. A do tego staje się niesamowicie przytulnym zakątkiem.

Lubię wieczorami siadać w fotelu z książką w ręce i kubeczkiem aromatycznej zielonej herbaty. Mam w domu kilka ulubionych miejsc w których zaszywam się tak na długie godziny. Jednym z nich jest fotel przy regale z książkami w salonie. Odkąd wyciągnęliśmy ścianę łącząc ze sobą dwa pokoje ukochałam sobie to miejsce we wnęce i tam najlepiej się czuję. Drugim takim miejscem jest moje łóżko. Taaaaak. Uwielbiam czytać przed snem, bądź też rankiem kiedy mam wolne i nie muszę się nigdzie spieszyć. Zresztą nie na darmo mam przy łóżku narożny regał z książkami...


Tak prezentuje się stosik, a właściwie dwa stosiki książek, które kupiłam, bądź też pożyczyłam od rodziny i znajomych. Oprócz comiesięcznego pewniaka, jakim są książki Margit Sandemo w twardej oprawie oraz kolekcji powieści Nicholasa Sparksa w bardzo ładnym wydaniu, w lutym prym wiódł Remigiusz Mróz. Tyle pozytywnych achów i ochów wysłuchałam, iż postanowiłam, że muszę w końcu zapoznać się z twórczością tego Pana. Poza tym udało mi się w końcu kupić "Cyrk nocy" Erin Morgenstern, wierzcie mi lub nie, ale z tą książką pragnęłam się zapoznać zaraz po dniu premiery, a było to parę ładnych lat temu, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły i nie mogłam sobie pozwolić na kupienie tej książki. Teraz kupiłam ją za niecałe dziesięć złotych i jestem naprawdę szczęśliwa, że dołączyła do mojej biblioteczki. "Monsunowe dni" kupiłam w Tesco pod wpływem impulsu, ponieważ mam już jedną książkę tej autorki i z opinii mamy wiem, że pisze dość ciekawie. To tyle o kupionych książkach. Teraz czas na te pożyczone. "Saga Sigrun" i "Ja jestem Halderd" przybyły do mnie w ramach akcji WĘDRUJĄCA KSIĄŻKA, którą zorganizowała Justyna, pierwszą z nich już przeczytałam i teraz zaczytuję się w tomie drugim, bo książki są naprawdę dobre. Ostatnimi książkami są "Hanyska" i "Dzieci hanyski" Heleny Buchner, która w mojej rodzinie krąży z ręki do ręki, choć właścicielka pewnie myśli, że wciąż jest w tym miejscu w którym ją zostawiła :) Oh, książkowe newsy w naszej rodzinie bardzo szybko się rozchodzą...



No i na tym zakończę mój pierwszy book haul, choć nie powiem - wciąż kusi mnie żeby kupić chociaż jedną książkę więcej... Hihi... Książkoholicy podobno tak już mają :)

Życzę wspaniałego dnia pełnego czytelniczych odkryć! Obyście znaleźli odrobinkę czasu na książkę. Bo "Kto czyta książki - żyje podwójnie" Umberto Eco



Pozdrawiam!
Magda





23 lutego

Się porobiło...

Się porobiło...


Co z tą pogodą ja się pytam? Jak tylko odrobinkę słoneczka się pokarze i przygrzeje w plecki od razu chciało by się świat do góry nogami wywrócić, wraca chęć do życia, ochota na spacer, na porządki w ogrodzie i nie tylko, bo w domu wszystkie okna na oścież pootwierane. U nas taka piękne pogoda była wczoraj. Energicznie powiało wiosną! Ale co z tego jak dzisiaj znowu leje i leje; kapie i kapie. I tak bez przerwy od rana... Od razu można odczuć różnicę, człowiek chodzi jak mumia. Zanim wypiłam trzecią kawkę sama ją przypominałam... Hihi... Nie ważne, że za oknem siąpi, ważne, że jest co robić w domu. Oj jest...

Od czwartku poprzedniego tygodnia u nas w domu nie było na czym ugotować obiadu, a nawet wody, żeby sobie zrobić coś do picia. To jest dopiero ból, a jaka niewygoda. Pomyśleć, że kiedyś ludzie nie mieli kuchenek, czajników i tym podobnych rzeczy, a żyli! I to jak szczęśliwie. Teraz coś się w domu popsuje i kombinuj. Nasza kuchenka gazowa się "zapchała", odkręciliśmy nie to co trzeba i po piecu. Całkowicie rozszczelniony. Amen. Jak się dowiedzieliśmy, że teraz bardzo trudno będzie go złożyć bez ryzyka, postawiliśmy na nim krzyżyk i ruszyliśmy na poszukiwania nowego. To też nie było zbyt łatwe, bo w sklepach ze sprzętem można zawrotu głowy dostać. I co tu teraz wybrać?! Szybka kalkulacja i wybraliśmy jeden z prostszych modeli płyty indukcyjnej i piekarnika. Do tego trzeba było kupić nowy blat, a to też nie mały wydatek. Mimo to wszyscy jesteśmy zadowoleni. Obie z mamą od jakiegoś już czasu marzyłyśmy po cichu o indukcji... Do kupna blatu już też od dłuższego czasu się przymierzałyśmy, co prawda chodził za nami drewniany, ale na chwilę obecną to by nas finansowo zrujnowało. Płyty też są piękne, ta jest drewnopodobna i bardzo, ale to bardzo przypadła nam do gustu! Teraz jeszcze sporo pracy przed nami, bo trzeba obudować piekarnik, założyć listwy, a wiadomo, że wykończenia zazwyczaj są najgorsze.


Na parapetach kuchennych pełną buzią śmieją się do nas Hiacynty... Kocham te kwiatki, są takie pocieszne kiedy za oknami jest jak jest. Wyglądają ślicznie, pachną jeszcze lepiej. A co słychać w ogrodzie? Ogród budzi się do życia, aż miło patrzeć! Rybki w stawie już nie śpią. Wszędzie dookoła rośliny cebulowe dawno już wyszły z ziemi i dumnie prą w stronę nieba. A w tle tylko kap, kap i kap. Choć i to ma swój urok. Ależ będzie pięknie w okolicach kwietnia. Już nie mogę się doczekać! A w tym roku do ekipy wiodących prym tulipanów oraz hiacyntów, narcyzów, żonkili, przebiśniegów i krokusów dołączyły ciemierniki, tak zwane róże zimowe. Ciekawa jestem jak się będą prezentowały.







I na tym zakończę swój dzisiejszy wpis...
Życzę przyjemnego wieczoru.



Pozdrawiam!
Magda


PS: W tym tygodniu "Środowych wycieczek" nie będzie, w zamian za to w czwartek po raz pierwszy na moim blogu będzie o książkowych zdobyczach. Sama bardzo lubię tego typu wpisy i filmy oglądać, więc pomyślałam, że i ja pokażę swój stosik. Zapraszam!



17 lutego

Środowe wycieczki: Mazury...

Środowe wycieczki: Mazury...
 
  
Zapraszam Was na drugą odsłonę Środowych Wycieczek, w tamtym tygodniu było Zakopane, więc czas wrócić na chwilkę do krainy tysiąca jezior... Na Mazury wybraliśmy się w tamtym roku pod koniec sierpnia... Przygotowania do wakacji nie trwały zbyt długo, decyzja o kilkudniowym wypadzie zapadła, więc od razu siadłam do komputera i zaczęłam szukać noclegu. Nie minęła dłuższa chwila, a już w oko wpadł mi uroczy mazurski domek w bardzo cichej miejscowości w lesie - Szeroki Bór. Mieliśmy do dyspozycji pół drewnianego, piętrowego domu z osobnym wejściem. W dzień zwiedzaliśmy bliższe i dalsze okolice, a wieczorem siadaliśmy sobie na ławeczkach z boku domku i grillowaliśmy (mieliśmy własne miejsce na grilla). Właśnie na Mazurach po raz pierwszy w życiu miałam okazję spróbować kiszki ziemniaczanej, no i muszę powiedzieć, że ta prosta potrawa bardzo przypadła mi do gustu. Mieliście okazję kiedyś tego spróbować? Jeśli nie, to polecam. Oj polecam :)
 
 
 
 
Właściwie moim głównym zamierzeniem podczas pobytu na Mazurach były liczne rowerowe wycieczki przez lasy, wokół jezior i tak dalej. Niestety zabrakło nam czasu, tyle miejsc było do zobaczenia :) Pod tym względem trzeba będzie wyjazd powtórzyć.... Hi, hi... Bo ja muszę pojeździć po tych pięknych, spokojnych terenach na rowerze. Muszę i basta! Alternatywą dla roweru był kajak, tak się złożyło, że kajak był moim drugim mazurskim debiutem. Niedaleko domku w którym mieszkaliśmy było niewielkie dzikie jeziorko i właśnie tam po raz pierwszy w życiu zamachałam wiosłem... Pięknie było, pogoda jak marzenie. Jednak było w tym trochę grozy, bo jak się okazało jezioro było strasznie zamulone, właściwie woda kompletnie nieprzejrzysta, a ja potwornie boję się takich niewiadomych i kiedy na środku jeziora najechaliśmy kajakiem na konar pod wodą (mam nadzieję, że to była część drzewa!) myślałam, że dostanę zawału. No to po nas - pomyślałam! Na całe szczęście tylko przejechaliśmy, a nie zatrzymaliśmy się na tym czymś. Mimo wszystko bardzo spodobało mi się wiosłowanie i chcieliśmy spłynąć sobie rzeką Krutynią. Tyle się naczytałam, że widoczki tam są przepiękne... Pech jednak chciał, że lato było bardzo suche i w niektórych miejscach rzeczka niemal całkowicie wyschła... To drugi powód, żeby na Mazury jeszcze powrócić!
 
 
 
 
 
Opowieść o powstaniu mazurskiej krainy
 
Pan Bóg tworzył ziemię i gdy był już przekonany, że ukształtował całą powierzchnię, odkrył nagle w jednym miejscu głęboką dziurę! A było to miejsce, gdzie teraz znajdują się Mazury. Bóg postanowił zapełnić owo zagłębienie, ale zabrakło już mu na to materiału. Stwórca nie chciał jednak zostawić dziury. Jego wszechwładne ręce sięgały po najdalsze krańce globu , wszędzie coś zagarniały i wrzucały w zagłębienie i tak w jednym miejscu znalazły się elementy pochodzące z dalszych krańców kuli ziemskiej. Góry dostarczały wielkich kamiennych bloków oraz kamienistej ziemi, która układana warstwami zbudowała pagórki i wzgórza. Z nizin pochodzi glina, z pustyń i stepów piasek. Z części olbrzymich bagien Bóg stworzył mazurskie trzęsawiska. nawet krainy bogate w podziemne skarby musiały się nimi podzielić, skąd też powstały złoża rudy żelaza, torfu i wapna. Po wielokroć boskie dłonie przenosiły wodę i tak powstały liczne jeziora. jego roztropność zaważyła na wyglądzie mazurskich lasów. Bóg nie stworzył jednej wielkiej puszczy, ale podzielił ją na wiele mniejszych kawałków. Tak oto Bóg zapełnił dziurę, dając początek urozmaiconemu i różnorodnemu krajobrazowi. tak powstały Mazury, które można podziwiać po dzień dzisiejszy.
 
 
 
Tak sobie pływając kajakiem po dzikich jeziorach można się spotkać z naprawdę cudownymi widokami. Co rusz obok nas przepływały stadka kaczuszek, łabędzie z młodymi, nieopodal na wyschniętym drzewie zebrało się stado kormoranów. Kormorany zwyczajne też widziałam po raz pierwszy w życiu! Same nowości miałam na wyciągnięcie ręki, a to wszystko w Polsce :) Powiem Wam, że dziwne są te ptaki... Wydawały się troszkę straszne kiedy tak sobie szybowały nad naszym kajakiem. Jak się później okazało są strasznymi szkodnikami, wyżerają narybek i bardzo niszczą przyrodę swoimi odchodami, stąd wyschnięte drzewo... Poza ptakami było mnóstwo ważek, we wszystkich kolorach tęczy, całymi stadkami, bądź też parami... Od dziecka lubię przebywać w otoczeniu przyrody, dlatego tam czułam się naprawdę dobrze. To był raj!
 

 
 
Legenda o Olbrzymce
 
Przed tysiącami lat mieszkała w tej krainie piękna olbrzymka, a na jej piersiach błyszczał sznur wspaniałych pereł. I kto chociaż raz zobaczył te perły, zapominał o swoich troskach i kłopotach. Młody olbrzym, mieszkający w sąsiedztwie, zakochał się w ślicznej pannie, ale ona wciąż odmawiała mu swojej ręki, a gdy pewnego razu młodzieniec nadal nalegał, aby wyszła za niego za mąż, zaczęła uciekać. I w czasie tej ucieczki pękł sznur pereł, które rozsypały się po całych Mazurach, zmieniając się w jeziora. Tam, gdzie perła upadła cała, są dzisiaj jeziora o kolistych brzegach; tam, gdzie perła spadając rozbiła się o kamień, powstawały jeziora o dziwnych, nieregularnych zarysach. A tajemną moc zachowały perły również po przemianie i teraz, tak jak i przed wiekami, kto chociażby raz zobaczy mazurskie jeziora, ten szybko zapomina o swoich kłopotach i troskach.
 
 
 
 
Nad samym jeziorem stoi sobie piękny budynek, leśniczówka bodajże... Podobno można wynająć sobie tam pokoje na nocleg. Fajnie byłoby choć te kilka dni pomieszkać w takim miejscu... Kontakt z przyrodą kompletnie niezakłócony cywilizacją! Piękne miejsce.
 

 
 
 
Pogodę mieliśmy bardzo w kratkę, raz grzało niemiłosiernie innym razem z nieba kapało, ale to nie przeszkadzało nam w zwiedzaniu tej pięknej krainy... Ale o tym opowiem w kolejnych postach :)
 
To tyle z mojej strony.
Życzę miłego wieczorku!
Pa, pa!
 
 
Pozdrawiam!
Magda
 

13 lutego

Przyjemnie z książką...

Przyjemnie z książką...
 
 
Chyba nikomu nie muszę mówić, że lubię czytać książki, kupować książki jeszcze bardziej! U nas w domu można znaleźć naprawdę różne gatunki literatury, na półkach jest naprawdę niezły misz masz... Lecz szczególnym zamiłowaniem pałam do sag. Nie ważne co to za saga, ważne żeby było ciekawie :) Właściwie to jedyne sagi jakie dotychczas czytałam to polskich i skandynawskich autorek, wspominane przeze mnie nie raz Barbara Rybałtowska czy powszechnie lubiana Margit Sandemo. Tym razem w moje łapki trafiła saga "Północna Droga" również polskiej autorki - Elżbiety Cherezińskiej. A to wszystko za sprawą Justynki i jej wspaniałego pomysłu zorganizowania akcji "WĘDRUJĄCA KSIĄŻKA". Już kiedyś, dawno temu miałam okazję wziąć udział w takiej akcji i naprawdę bardzo miło wspominam... O co w tym chodzi? Wybrana książka wędruje po kolei do wszystkich osób, które wyraziły chęć wzięcia udziału. Na przeczytanie książki ma się określony czas, a wysyłając książkę do następnej osoby z listy do paczuszki wrzuca się upominki. Poza tym trzeba podzielić się opinią o książce na blogu i na karteczce umieszczonej w książce... Justyna będzie miała fajną pamiątkę po tej akcji :) Jak dla mnie świetna sprawa i naprawdę fajna zabawa. Sama też się zaczynam zastanawiać nad puszczeniem książki w obieg. Oby więcej takich akcji!

Co do upominku załączonego do książek... Hmm... :) Nasza kochana organizatorka bardzo miło mnie zaskoczyła... Rzeczy są przepiękne! Oszalałam na punkcie pudełka na herbatki i samych herbatek oczywiście. Jedną już "utopiłam" w kubku! Ta pomysłowa puszeczka wypełniona ciasteczkami, wianuszek z włóczki ślicznie prezentuje się w kredensie, ptaszyna, która już przysiadła na parapecie pilnuje hiacyntów... Serduszka w odniesieniu do jutrzejszego święta. Bransoletki. Zakładka do książki z pomponem i urocza w swej prostocie podstawka pod kubeczek. Justyna jesteś żywą kopalnią inspiracji! Już wiem czym przyozdobię okno na wiosnę :) Dziękuję po stokroć!
 
 
 


 




 
  
Takiej wielkiej paczuchy nie dostałam jeszcze nigdy w życiu! Jeszcze raz dziękuję, za możliwość wzięcia udziału w akcji. Cieszę się bardzo, bardzo! :)
Dobra, dość gadania... Lecę poczytać książkę. Pomyśleć co "poleci" dalej :)
 
 
Wspaniałego weekendu Wam życzę!
 
 
 Pozdrawiam!
 Magda
 
 


10 lutego

Środowe wycieczki: Zakopane...

Środowe wycieczki: Zakopane...


Było ostatnio troszkę domowo i sielsko, czas napisać posta zupełnie o czymś innym. Kilka wpisów wstecz wspomniałam, że będę sobie trochę wspominać miejsca, które odwiedziłam w roku 2015. W związku z tym wpadłam na pomysł wprowadzenia cyklu wpisów w których będę publikowała sporo zdjęć z moich zeszłorocznych wycieczek. Takie wspomnieniowe fotorelacje, które oczywiście pokrótce opiszę, bo jakby inaczej... Może znajdzie się ktoś kogo zainspiruję do zaplanowania wakacji, bądź też jakiegoś krótkiego weekendowego wypadu. Zdradzę, że będę się skupiała na dwóch różnych miejscach w Polsce :)

Akurat na dzień dzisiejszy zaplanowałam pierwszego posta w cyklu. Będzie troszkę muzealnie... Hmm... Mam nadzieję, że nikt się nie przeraził. Muzeum wcale nie musi oznaczać nudy, w muzeum może być naprawdę pięknie... Zabiorę Was na malutką wycieczkę po Zakopanem, popatrzymy sobie z bliska na architekturę, wnętrza pierwszych domów w stylu witkiewiczowskim.

A więc, zaczynamy:


Na pierwszy ogień idzie wspaniała willa. Willa Koliba - Muzeum Stylu Zakopiańskiego im. Stanisława Witkiewicza położona przy ulicy Kościeliskiej, najstarszej ulicy w Zakopanem. Już patrząc na nią z daleka oczy świeciły mi się jak w piosence braci Golców, a co dopiero po przekroczeniu progu... Nie macie pojęcia jaka byłam zachwycona, nie wiedziałam gdzie mam patrzeć, wszystko było takie piękne. Podłoga melodyjnie skrzypiała przy każdym kroku... Cała willa jest w drewnie od podłogi aż po sufit! Drzwi, meble, belki pod sufitem rzeźbione, a wszystko to za sprawą samego Witkiewicza, który jest autorem stylu zakopiańskiego. A to pierwsze jego dzieło. Uwielbiam tego człowieka za to czego w życiu dokonał! Mimo tego, że nie żyje od troszeczkę ponad stu lat. Właściwie w zeszłym roku we wrześniu minęło sto lat.

   
Co ja bym dała za chociażby jeden malutki łyżnik, albo małą rzeźbioną półeczkę... Ah...




Obok tego pieca spędziłyśmy z mamą dość dłuższą chwilę, popatrzcie jak on jest pięknie wykonany, cudne są te misie... Takich pieców w całym domu było kilka, jeden z nich był w kolorze ciemnej zieleni...

 
Podobna weranda kiedyś stanie przed moim domem, marzy mi się już długie lata... Ale nigdy, przenigdy nie będę miała z niej takich widoków... Wielki ogród, a zza drzew wspaniały widok na góry... Chętnie napiłabym się tam kawki. Zresztą ja bym mogła tam nawet zamieszkać, bez żadnych oporów... Nawet turyści by mi nie przeszkadzali :)




Tak wygląda pracownia naszego artysty. Zauroczyły mnie te okna...




Na koniec zwiedzania miły pan, który nas przywitał, widząc moje zainteresowanie całym obiektem opowiedział mi troszkę o replice "Domu pod Jedlami" o który wypytywałam już na samym progu. Byłam w lekkim szoku kiedy dowiedziałam się że ta mini budowla ma 116 lat... Niesamowite! Model domu miał zostać zaprezentowany w 1900 roku na Wystawie Światowej w Paryżu, lecz ostatecznie niestety nie został wystawiony...


"W sierpniowym numerze 'Przeglądu Zakopiańskiego' Witkiewicz pisał:
Model został wyrzucony z wystawy, a ostatnim echem z Paryża jest urzędowy niemiecki list komisariatu, w którym donosi, że model dla braku miejsca nie został wystawiony,(...)"
A szkoda, bo panowie przez prawdopodobnie trzy miesiące w pocie czoła starali się odtworzyć dom z Kozieńca.

"Niezwykłą trudność sprawiło pokrycie dachu modelu malutkimi gontami. Witkiewicz przyjął bowiem, że tak jak pobija się gontem normalny dach, tak powinien być wykonany dach modelu, bez zasadniczych uproszczeń: 'Nadzwyczajnej cierpliwości i zręczności dowody dał Wojtek Bednarz, robiąc 8000 gontów, które tylko rozmiarami różnią się od gontów prawdziwych,(...)"
Cytaty zaczerpnięte zostały z książki "Dom Pod Jedlami Pawlikowskich" autora Zbigniewa Moździerza. Wydawnictwa Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Którą kupiłam w willi.

Robi wrażenie...


Drugie muzeum, a właściwie filia Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego znajduje się dalej, na tej samej ulicy przy Drodze do Rojów. Jest to maleńki domek składający się z izby czarnej służącej rodzinie na co dzień i izby białej, pełniącej rolę salonu.





Co mnie zachwyciły w tej góralskiej chałupie to piec i rzeźbiona półka pod sufitem z obrazkami malowanymi na szkle. Coś niesamowitego...



Jeżeli byliście w Zakopanem, a nie zaszliście nigdy wcześniej do tamtejszych muzeów, to polecam serdecznie... Można zobaczyć naprawdę ładne wnętrza oraz posłuchać jak to kiedyś było... Jak wyglądało życie sto i więcej lat temu... Polecam.

To tyle w dzisiejszej odsłonie cyklu 'Środowe wycieczki', zapraszam za tydzień.

PS: Przepraszam za jakość zdjęć, no i za to że są takie krzywe. Musiałam być nieźle otumaniona skoro nie zwracałam na to uwagi... W ogóle. :)


Pozdrawiam!
Magda




Copyright © 2016 U matiny , Blogger